Dlaczego człowiek porzuca sam siebie?

Dlaczego człowiek porzuca sam siebie?

Ostatni tekst [KLIK], będący swego rodzaju fantazją, podaną z ciepłym humorem, wywołał dyskusję, jak to jest, że można nie brać odpowiedzialności za swoją dorosłość. I nie chodzi o brak zdolności odpowiadania za innych, jak w przypadku beztroskich Piotrusiów Panów i Wiecznych Dziewczynek, dla których impreza nie kończy się nigdy, a wiele osób sprząta bałagan, jaki za sobą zostawiają. Chodzi o ten szczególny rodzaj odpowiedzialności – troskę o samych siebie.

Zawsze pojawia się we mnie pytanie, co trudnego się stało i jaką historię skrywa fakt, że ktoś tak bardzo zapomniał opiekować się sobą, że nie potrafi odpoczywać, milczeć i nic-nie-robić; umówić się do lekarza albo kupić sobie nowej sukienki. Przyczyny finansowe są tu drugorzędne – najpierw własny, zupełnie podstawowy dobrostan znika z listy priorytetów.

Rzadko idzie za tym pogoda ducha. Często raczej nuta goryczy, że „wszyscy o mnie zapomnieli”. Że inni umieją dobrze czuć się z samymi sobą, a ja nie. Że potrafią wydać pieniądze na kolorowy kapelusz albo wycieczkę, a ja nie. Potem idzie za tym mnóstwo racjonalizacji: „nie można być rozrzutnym” (dlatego trzeba chodzić w dziurawych butach), „mam za dużo pracy” (dlatego nie mogę wyjechać, choćby na jeden dzień i o sto kilometrów dalej niż dom i praca), „nie można być egoistą” (dlatego nawet w lustrze nie wypada się przeglądać).

To tylko zewnętrzne wyrazy ogromnego wewnętrznego cierpienia – i dlatego zawsze bardzo mnie poruszają. Że ktoś sam dla siebie stał się tak nieważny.

Wierzę, że brak zdolności zatroszczenia się o siebie wynika z braku wystarczającej troski rodziców czy dorosłych opiekunów, gdy formowała się nasza tożsamość. Ciągle jeszcze niestety spotyka się przekonanie, że im mniej dziecko otrzyma czułości, zgody na zabawę, troski, uwagi i towarzyszenia, tym szybciej się usamodzielni. A dzieje się dokładnie odwrotnie. Im mniej człowiek dostanie miłości, tym mniej potrafi potem stawiać czoło życiu. Jeśli dziecko płacze w ciemnym pokoju, aż się nie wypłacze, w dorosłym życiu będzie samotnie umierać przygniecione przez problemy. Jeśli jest przekarmiane albo głodzone, nie będzie widzieć w dorosłym życiu związku między dietą a dobrym samopoczuciem. W dorosłość możemy zabrać traktowanie siebie jak zbędnego przedmiotu, przestawianego z kąta w kąt, którego życie psychiczne toczy się w cieniu pracy i zadań. Nieważne, co przeżywamy, co się dzieje w naszym życiu – ponieważ rodzice nigdy o to nie pytali. Liczy siętylko, by być wydolnym. I tylko nie wiadomo, skąd się bierze tyle nieszczęścia w środku.

Żeby się nauczyć troski o siebie, potrzebny jest drugi człowiek. Może nie tyle „opiekun osoby dorosłej”, który będzie stróżował naszemu stylowi życia na każdym kroku, ale ktoś życzliwy i wspierający, kto da zielone światło na miłość do siebie. Nie jesteśmy bakteriami beztlenowymi, które same z siebie generują potrzebny do życia tlen. Potrzebujemy najpierw wiele dostać, by potem umieć coś dać.

Małgorzata Rybak