Dowalanie rani

Dowalanie rani

Mam takie przekonanie, że to się odnosi tak samo do relacji z kimś drugim, jak i ze sobą samym. Nabyte drogą trudnych doświadczeń automatyzmy mogą podpowiadać, że jak coś jest słabe, trzeba dać kopa, walnąć, a wtedy to coś się uzdrowi i przebudzi. A tymczasem znacznie częściej walenie młotkiem spowoduje tylko tyle, że zostają bolesne skorupy.

Tak dzieje się w nas, gdy okładamy siebie w głowie po głowie za to, co pomyśleliśmy, zrobiliśmy, albo jeszcze za to, co ktoś pomyślał albo zrobił względem nas. I im gorzej o sobie myślimy, tym jest trudniej. I nie pomnaża się nic poza cierpieniem.

A przecież nie sypiemy soli na zdarte kolano dziecka. Raczej całujemy i to ma dla niego większą moc niż woda utleniona. Raczej przyklejamy plaster i tulimy, niż okładamy kijem płaczącego.

Dużo o tym piszę ostatnio, ale i mój „krytyk wewnętrzny”, ten „opiekun” (jak określa go Agnieszka Stein) – ogromnie o nas zatroskany ale bez narzędzi – ostatnio wchodzi w szczególne rejestry aktywności. Można powiedzieć, że przechodzi sam siebie. I wtedy przypominam sobie, że im bardziej on opowiada te swoje gorzkie teksty, od których można już tylko płakać, tym bardziej znaczy, że jest trudno. I chodzę tymi tropami, patrząc, że rzeczywiście wiele trudnych rzeczy dzieje się wokół mnie i wiele trudnych dla mnie wieści dociera z naszego otoczenia. I że jak jest taki nawał, znaczy, że młotek wydarzeń już po człowieku uderza i wtedy – wtedy zamiast sobie dokładać, lepiej byłoby pocałować, pochuchać, przykleić plaster i utulić.

Zaczynając od tego, by nie dowalać sobie za dowalanie sobie, ale słuchać tego głosu i opowiadać mu: widzę, że jest ci trudno.

Łatwiej to potem robić względem drugiego człowieka.

m

#bliskosiebie #bliskodrugiego