Wyjechałam po córkę do szkoły o kwadrans za późno. Znowu nie wzięłam poprawki na czas szykowania się do wyjścia dwuipółletniego synka. Byłam zła na siebie, bo nie chciałabym, żeby dzieci pamiętały mnie kiedyś jako kogoś, na kogo trzeba było czekać. Z drugiej strony – weszłam w dialog ze swoją złością na siebie, bo ona jest kiepską przepustką w dzień. I tak, zawieszona między wyrzutami sumienia a wyrozumiałością dla swoich ograniczeń, wjechałam w wielki korek na wielopasmowej Alei Sobieskiego. Widząc na horyzoncie auto typu tir, pomyślałam, że awaria. Odliczając kolejne minuty wiedziałam, że mam w końcu dowód na to, że zawaliłam kompletnie (znacie te teksty: „jaka ze mnie matka” itd. itp.).
Na przedzie wolno przesuwającego się sznura aut pojawił się po jakimś czasie wóz strażacki, a potem jeszcze drugi. Ruch zatrzymano całkiem, ale zdążyłam dotrzeć żółwim tempem na tyle blisko, że zaczęło do mnie docierać, że nie chodzi o żadnego tira. Liczyłam jeszcze na wyciek oleju, ale ilość aut ratunkowych na sygnale oznaczała poważniejsze kłopoty. Po upływie kolejnego kwadransa strażacy wynieśli pomarańczowe nosze z powiązanymi na nich pasami człowiekiem. Zniknął w karetce. Karetka jednak nie odjechała. Zajmując na łuku drogi miejsce akurat na wprost karetki, widziałam w niej ruch. Dużo ruchu i wszystkie ręce na pokład. Mijał czas, mijało dużo czasu, a ja dzwoniłam do sekretariatu szkoły, do Andrzeja, prosiłam o cierpliwość naszego synka na tylnym siedzeniu, wycierałam łzy i modliłam się. Rozumiejąc, że może towarzyszę już komuś przy przechodzeniu na tamten świat.
To, co mijałam, gdy umożliwiono ruch jednym pasem jezdni, było wspomnieniem po dobrym samochodzie. Nie tylko zgniecionym na skutek siły uderzenia w harmonijkę, ale i z odciętym dachem, przez który do środka dostali się strażacy.
Przeczytałam potem w mediach, że jadący po przeciwnej stronie drogi szybkiego ruchu saab wpadł w poślizg, przefrunął nad pasem zieleni i staranował dwa auta jadące na Wrocław. Kierowca zmarł po godzinie reanimacji. Na zdjęciach widać wyrzucony z auta fotelik dziecięcy. Niestety odszedł czyjś tata. Taki sam jak ty i ja, przemierzający drogę gdzieś między pracą i domem. Może tym razem za szybko.
Po co ja o tym tutaj piszę? Wtorki są na blogu dniem powrotu do myśli z warsztatów „Złap życie”, taką mamy umowę z uczestniczkami. Wiele z ćwiczeń zwraca uwagę na to, jak reagujemy na własne błędy i porażki. Miałam taką myśl, mijając zgniecione auto, że gdybym wyjechała kwadrans wsześniej, mogłabym się znaleźć w samym środku zdarzeń, bo wtedy właśnie doszło do tego tragicznego wypadku. Więc tak: lepiej być dla siebie dobrym niż złym. I lepsza jest metodologia „ale to dobrze, bo…”, o której pisaliśmy w książce, niż narzekanie i wściekanie się na siebie i innych.
Po drugie – znowu widzę, że nie mam uniwersalnych odpowiedzi na to, dlaczego cierpimy i czemu życie jest tak kruche, ale stale dociera do mnie, że nie warto odkładać na jutro tego, co najważniejsze. Całusów na dobranoc, grania w karty, rozmów, obiecanych wycieczek. Słowa „przepraszam, nie miałam racji”. Dziś trzeba najbardziej być, bo co do jutra – nic nie wiemy.
Małgorzata Rybak