Family man

Family man

Czy budzicie się czasem rano w myślą, że życie rodzinne Was przerasta? Że wyzwania następują za szybko po sobie i jest ich za dużo? Że sami potrzebowalibyście jeszcze rodzica, niańki, instruktora, któryby przeprowadził Was przez niemożliwe do załatwienia porządki, planowanie, rozmowy z nastolatkami i dwulatkami – a nagle i nie wiadomo kiedy przyszedł moment, że dźwigacie na sobie samych tak wiele odpowiedzialności?

„The Family Man” – to film z 2000 roku, więc pewnie my nadrabialiśmy kinowe zaległości, które większość Czytelników ma już dawno w kanonie „obejrzanych”. Kluczowym punktem pokazanej w nim historii jest takie właśnie przebudzenie głównego bohatera (Nicolas Cage), który kładzie się spać w Wigilię jako singiel i człowiek sukcesu, CEO wielkiej korporacji w przededniu mającej przynieść miliony fuzji, a budzi się jako ojciec rodziny i pracownik sklepu z oponami.

Z dużą rezerwą podchodziłam do seansu, bo spodziewałam się cukierkowego amerykańskiego moralitetu. Twórcy jednakże zdołali w tym filmie uchwycić coś, co sprawia, że ogląda się go z niesłabnącym zaciekawieniem. „The Family Man” bardzo celnie pokazuje mechanizmy poszukiwania własnej tożsamości, definicji sukcesu, naszej zdolności do budowania relacji. Bardzo efektownie i jakby przy okazji odsłania kulisy słabnięcia i umierania związku, gdy mąż czy żona tak się nam „opatrzy”, że traktujemy ją czy jego jako część domowego inwentarza i dostrzegamy bardziej braki niż powody, dla których ten właśnie człowiek nas zafascynował.

Film odważnie wyciąga na światło dzienne pochowane po szafach pytania, czy się spełniamy, założywszy rodzinę; czy nie tracimy w życiu czegoś ważnego, czy rodzina nas nie ogranicza, nie zabija w nas twórczości, ambicji i wolności. Bardzo to się temu obrazowi przysłużyło. Jack, który ubrany w sklepie w garnitur za 2 400 dolarów, krzyczy do żony, że nie chce swojego życia w postaci zajechania codziennym kieratem, uosabia wielu ojców rodziny (a pewnie i mam?), których frustracja zostaje niewypowiedziana, choć okazywana wycofaniem, ucieczką w pracę albo wieczną irytacją i chronicznym zmęczeniem, ilekroć przekraczają próg domu. „Budzę się rano, wychodzę z psem, zabieram dzieci do szkoły i przez 8 godzin prowadzę sprzedaż detaliczną opon. Detaliczną! Bawię się z dziećmi, wynoszę śmieci i śpię 6 godzin, jeśli mam szczęście. A potem wszystko zaczyna się od nowa. Czy ktoś pomyślał o mnie?”

I przecież razem z Jackiem wiemy, że coś w tym przeżyciu siebie jako ofiary rodziny kompletnie nie gra. Że to jakaś niedojrzałość, ślepota, zgubienie ważnej cząstki swojego „ja”, która swoje znaczenie połączyła z marką auta, jakim się jeździ. stołkiem, jaki się zajmuje i uznaniem ludzi, których spotyka się w pracy.

To, co próbuję od tylu lat robić, jest strategią wspólną z zaproponowaną w filmie: zobaczmy to wszystko z dystansu i wyobraźmy sobie, co by było, gdyby tego wszystkiego nie było? W moim własnym przeżyciu, mimo momentów załamania pod ciężarem rodzinnych spraw, jakie okresowo przychodzą, rodzina pozostaje najcudowniejszym praktycznym warsztatem relacji, najpiękniejszym spełnieniem potencjału i szansą na rozwój bez końca, codziennie od nowa. Z każdym „przepraszam”, z każdym „zrobię to dziś inaczej”. Zdumieniem, że można być kochanym i przyjętym mimo wad, sporów i ograniczeń.

W tym świetle każdy kryzys tożsamości, który „The Family Man” w ciepły, ale nie infantylny sposób pomaga zrozumieć, jest także okazją do zrobienia bilansu, o co w życiu w ogóle chodzi i ile naprawdę mamy nad kreską.

Gorąco polecam na Święta. 🙂

Małgorzata Rybak