Przyjąć siebie

Łapię się znowu na myśleniu, że Adwent to głównie dawanie czegoś z siebie. Oczywiście, że dawanie jest sensowne, rozwija i sprawia, że świat wokół pięknieje. Łapię się jednak na tym, że można zgubić przyjmowanie. Przyjmowanie innych z kosmosem odmienności, jaki wnoszą; przyjmowanie zmian planów, wyzwań, a także małych i wielkich rozczarowań. Czym jednak one wszystkie by były, gdyby nie podjąć próby najważniejszego przyjęcia: samej siebie.

A czy nie byłoby to logiczne, właśnie w Boże Narodzenie? Upamiętniające serię niefortunnych odrzuceń: we wszystkich gospodach w mieście zabrakło łóżka dla rodzącej? Potem było już tylko gorzej: miłościwie panujący król zląkł się konkurencji i trzeba było uciekać daleko poza granice kraju. A gdy Bohaterowi nadchodzących Świąt udało się dorosnąć, w Nazarecie, swoim rodzinnym mieście, został wyśmiany, bo przecież znali Go jako syna cieśli. Arcy-pasterze świątyni, należącej do Jego Ojca, wydali Go na śmierć. Poza murami miasta, na marginesie świata, który sam stworzył.

Długa, długa lista odrzucenia i nieprzyjęcia w tej biografii, która ostatecznie zmieniła losy świata, może nas zaprowadzić do miejsca, w którym przyjmowanie może okazać się kluczowe. Zaczynając od przyjęcia swojej historii, ran i ograniczeń. Swojego piękna i wrażliwości, wyrzeźbionych przez wszystkie doświadczenia, jakie na początku wydają się przekleństwem i bywają drogą przez piekło. Swoich potknięć, niezrealizowanych wielkich zamierzeń (tu – radośnie ucałować 30 procent normy, które przecież się udało) i marzeń, jakie ciągle w nas są i mogą się stać.

Trzeba siebie przyjąć czule, z cierpliwością i konsekwentnie. Przebaczyć sobie siedemdziesiąt siedem razy. Uznać swoją niepowtarzalność. Przytulić siebie i ukołysać, mówiąc, że wszystko będzie dobrze. Przyjmować siebie po kropli każdego dnia, jak zażywa się specyfik według receptury babci Amelii. Żegnać siebie na progu nowego wyzwania tylko po to, by z otwartymi ramionami przyjać siebie potem w drzwiach, obojętnie, czy z tarczą, czy na tarczy.

Powie ktoś, to zgoda na bylejakość. Odpowiadam: przyjąć siebie – to także zaakceptować potencjał nieustannego rozwoju i przekraczania siebie. Utknąć w starej frustracji – to odrzucić ten zalążek jutra, które jest obietnicą, że można być bardziej. Nie da się jednak być bardziej i lepiej, jeśli zaczynamy od odrzucenia siebie, spisania siebie samego na straty, wiecznego szeptu złośliwej wewnetrznej staruchy, jak to bardzo “nie jesteśmy” i nie zasługujemy na miłość.

To miłość umożliwia wzrost.

Małgorzata Rybak

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *