Gniew

Gniew

W starannym wykształceniu nie otrzymujemy najczęściej okazji do rozwoju tej kompetencji – radzenia sobie z gniewem. W małżeństwie i rodzinie boli to potem bardzo. Ileż kłopotu sprawia niewyrażony lub nieumiejętnie wyrażony gniew. Tłumiony, który potem wykwita wielkimi wybuchami; albo ubrany w ciche dni, dąsy i sarkazm, lub przetaczający się jak orkan przez nasz dom.

Martwi mnie, że nie tylko tego treningu konstruktywnego wyrażania złości generalnie brakuje, ale że w to miejsce często zrezygnowanym małżonkom i rodzicom podaje się teorie, które bardziej przypominają zen niż chrześcijańską antropologię. „Najlepiej nie gniewać się na siebie nawzajem”. „Choćby życie kopało cię z każdej strony, pozostań niewzruszony jak tafla wody w stawie, na której może pojawi się zmarszczka, ale zaraz zniknie, zdławiona siłą woli”. Dlaczego? Jak można z życia wyeliminować gniew, który strzeże nie tylko naszego fizycznego bezpieczeństwa (zaatakowani w ciemnej ulicy – będziemy się bronić lub staniemy w czyjejś obronie), ale i naszych granic, wartości i fundamentalnych potrzeb? Gniew to czerwone światło alarmu, który prosi, by skierować swoją uwagę na to, co się w nas dzieje. Może mówi, że „tak nie może być” albo że „potrzebna jest zmiana”. Może sygnalizuje ważną potrzebę. Czasem pokazuje miejsca bardzo zranione z dalekiej przeszłości we własnej historii, w które trzeba wrócić, bo inaczej nasza wściekłość – nieadekwatna do bieżących sytuacji – nie znajdzie lekarstwa. Jeśli alarm spowoduje od razu atak na zewnątrz – znaczy, że nie nauczyliśmy się jeszcze rozumieć swojego gniewu. A otoczenie nie ma szans zrozumieć nas, gdy wyrzucamy z siebie oskarżenia.

„Dobre małżeństwo nigdy się nie kłóci” – tak potocznie można by ująć kolejny ideał dobrej relacji. Jak każdy ideał – mało praktyczny, choć pokazujący nasze marzenia i pragnienia. Pomijając już, że odrealniony i sformułowany negatywnie – bo może właśnie pozytywne dopowiedzenie przyniosłoby jakieś światło w tunelu. „Nie kłóci się – to znaczy, że co robi?” I tu możliwe są dwie koncepcje: pierwsza, idealistyczna, że zawsze są dla siebie słodcy jak ciasteczko z lukrem i tak dożywają sędziwego wieku. Druga, która niosłaby nadzieję, mogłaby brzmieć: „oboje uczą się wyrażać gniew”. Jak? W sposób, który nie rani, nie poniża, nie miesza z błotem, nie atakuje, nie niszczy. Ale taki, który przynosi rozwiązania.

Tu mieści się na przykład cała paleta komunikatów JA („ja uważam, że z ciebie straszna świnia” – nie jest komunikatem JA), w których opisujemy fakty (np. „kiedy spóźniasz się po raz czwarty w tym tygodniu”), nazywamy swoje emocje („czuję się wściekła i bezradna”), podajemy konsekwencje („ponieważ czekamy z dziećmi na jedyny w ciągu dnia nasz wspólny posiłek i nie wiemy, czy zaczynać bez ciebie”) i formułujemy prośbę („dlatego proszę cię, dzwoń, jeśli wiesz, że coś jeszcze zatrzyma cię w pracy”).

Jasne, że im gorsze mamy doświadczenia z gniewem (np. awantury w domu, z którego pochodzimy), tym łatwiej będzie uważany za nieproszonego gościa i zakazany jako uczucie. Zawsze jednak mówię, że to gniew spowodował upadek komuny. Gniew daje siłę do zmiany, ulepszeń, szukania nowych rozwiązań. Gniew – uczucie, które coś ważnego mówi o nas samych i którego energię można twórczo spożytkować, jak wiatr w elektrowni; nie gniew-demolka.

I dla mnie to ciągle wielkie wyzwanie.

Małgorzata Rybak

2 komentarzy

Komentarze są zamknięte.