Szybki i wściekły – tym bardziej, im mniejszy w środku

Wracałam z dziećmi wczoraj naszą trasą dość szybkiego ruchu w kierunku na naszą wioskę. Ponieważ godziny szczytu, więc i szybki ruch zredukowany ilością aut podzieloną przez dużą, acz ograniczoną ilość trzech pasów, na których auta zjeżdżające ze skrzyżowania i dróg dochodzących dopiero jakoś organizowały szyk do dalszej jazdy. Gdy rozpędziłam się do dozwolonej siedemdziesiątki na godzinę (dobra, może z siedemdziesiąt cztery na liczniku), usłyszałam za sobą trąbienie jak z Wieży Mariackiej, choć Kraków nie tak całkiem blisko. Na ogonie siedział mi SUV z przednim grillem wielkości radia lampowego Beethoven z okresu międzywojnia.

Wiecie, ileś lat zajęło mi przekonanie siebie, że w takiej sytuacji naprawdę nie muszę szybciutko zjeżdżać na sąsiedni pas i ustępować miejsca komuś, kto spieszy się jak z pęcherzem. Zwłaszcza że raz taki spanikowany manewr o mały włos przypłaciłabym wypadkiem z udziałem auta pełnego naszych dzieci i motocyklisty, którego miałam po swojej prawej stronie w martwym polu na gęstej od samochodów drodze. Chwyciłam więc się mocniej kierownicy, zastanawiając się, czy krążownik na ogonie nie wjedzie w nasz bagażnik, oddalony pewnie o jakieś pięć centymetrów o jego przedniego spoilera, i odczekałam pięć sekund, po których upływie lewą stroną zaczął mijać mnie kierowca o twarzy koloru purpurowego, schylony do szyby w moją stronę i jak z karabinu wyrzucający z siebie słowa, których na szczęście nie dało się usłyszeć. Pomknął przed siebie jak rakieta. To znaczy aż do następnego auta, które straszył staranowaniem.

I powiedziałam do córki, wiesz, najgorsze, że możliwe, że on tą wściekłość wiezie ze sobą. Ona z nim jest cały czas, czasem tylko cichsza, a gdy impuls jakiś tylko go tknie, następuje erupcja wulkanu.

Dlatego pisałam wczoraj, że trzeba zrozumieć najpierw swój gniew. Żadne treningi opanowania, z liczeniem do stu dwudziestu ośmiu włącznie, nie pomogą, jeśli nie wiem, czemu się wściekam. Sądząc po ekspresji rajdowca, który nas mijał, oraz po typie wielkiego, niemal opancerzonego auta, w środku ów człowiek mógł nieść ukryte głęboko przekonanie, że jest nikim i nic nie znaczy, dopóki tego nie udowodni. Zniszczone poczucie własnej wartości rodzi potworny gniew. To gniew jeszcze z czasów, gdy mały człowiek nie umie się bronić, a jest poddawany destrukcji ze strony swoich opiekunów: poniżany, bity albo “tylko” nazywany w domu zerem. By jakoś przeżyć, pamięć, skąd ta wściekłość się wzięła, ulega wymazaniu. Zostaje tylko wk…w jako leit motif codzienności (przepraszam za słowo, ale ci, którzy znają to uczucie, zrozumieją najlepiej, gdy nazwę je tak właśnie).

Wówczas każdą drobnostkę można wziąć za zniewagę. Każde nieustąpienie miejsca na pasie ruchu – za brak szacunku.

Trzeba nauczyć się być samemu ze swoim gniewem i chodzić z nim po nitce do kłębka. Do pierwszego doznania, kiedy poczuliśmy go w tej skali. Bo czasem przypomina o jakiejś historii dawno, dawno temu, za górami, za lasami – która jeszcze nie znalazła uleczenia.

Małgorzata Rybak

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *