Byłam u lekarza specjalisty. Lekarka w wieku przedemerytalnym od mojego wejścia działała z pozycji przewagi. Zaznaczyła na wstępie, ile mamy czasu i jak bardzo mało, więc powinnam się spieszyć (ok, wiem, ile trwa wizyta, więc nie było to potrzebne). Używała mądrych słów i poprawiała co drugie moje. Zaznaczyła z góry, że nie da mi skierowania, po czym jednak mi dała – tak, że poczułam się jak ułaskawiony po namyśle skazaniec. Ponieważ jestem ogromnie ciekawa ludzi, próbowałam zajrzeć do środka, przeniknąć pod nienaganny manicure i wszystko w ogóle na kant. Dlaczego tak? Dlaczego daje mi wszelkimi sposobami poczuć, jaka jestem malutka?
Zastanawiałam się, czy w środku pani doktor nie siedzi mała dziewczynka z wielkim plakatem: „szanuj mnie”. Która z wielkiego strachu przed byciem niedoskonałą szuka drogi na udowodnienie swojej kompetencji, wiedzy, przewagi. Nie wiem, czy tak było naprawdę, ale pomyślałam, że te wszystkie zachowania, które pod koniec mojej wizyty były już na granicy zwykłej arogancji, miały zbudować AUTORYTET.
To, co uwielbiam w pracy trenera – to że w niej od początku uczysz się, że nie chodzi o ciebie. Nie chodzi o punktowy reflektor na twoją osobę i show, który wbije w ziemię uczestników warsztatów czy szkolenia. Od pierwszych zajęć uczysz się, że autorytet buduje uwaga skupiona na uczestniku. Jego potrzebach, lękach i dylematach. Bo twój sukces to moment, gdy drugi człowiek odkrywa i uruchamia własne zasoby. To, co już ma, co może udoskonalić, co jest w zasięgu jego ręki. Z twoją pomocą.
Autorytet rodzi się wtedy, gdy zależy ci nie na swoim PR-ze czy udowodnieniu swoich kompetencji, ale na drugim człowieku. Taki paradoks. Im bardziej znikasz, tym bardziej jesteś. Nie jako specjalista i guru, na którego patrząc, trzeba zadzierać mocno głowę, ale jako osoba godna zaufania, bo z intencją usłużenia człowiekowi, który po coś do ciebie przychodzi.
Małgorzata Rybak