Czasem obserwuję nerwowe reakcje rodziców, gdy ich dziecko jest po prostu dzieckiem – jakby przepraszali za niewystarczająco idealne zachowanie swoich dzieci, jakby czytali w myślach ludzi obok, czego by sobie życzyli odnośnie ich pociech. A przecież słowo „pociecha” nie bierze się stąd, że jeśli ja sama o sobie myślę kiepsko, to dziecko zrobi mi lepszy PR. Jeśli ono będzie ładnie wyglądać, nienagannie się zachowywać i inteligentnie odpowiadać na zadawane pytania, to zaświadczy o moim sukcesie. Czasem jeszcze może zaśpiewa piosenkę lub powie wierszyk, albo wygra olimpiadę przedmiotową czy chociaż zawody sportowe.
Trzeba oddzielić życie dziecka od własnego. Taka postawa zaprasza do naszej relacji uczciwość i nie składa na ramiona syna albo córki ciężaru odpowiedzialności za nasze zadowolenie. Ani poczucia winy za nasz wstyd z powodu jego rozmaitych wpadek. Więcej o tym napisałam w tekście dla Aleteia Polska [KLIK]. Zapraszam serdecznie do lektury.
Małgorzata Rybak
Hm, no nie mogę nie skomentować tego, co napisałaś w Aletei i w książce zresztą też, choć nie było to sednem wypowiedzi. A dotyczy to nomenklatury. Dlaczego negujesz mówienie w języku polskim „mam dzieci”? W różnych językach są różne formy, jak np. I am 40/ Mam 40 lat. Kiedy mówię jednak „mam pracę” nie mam na myśli – posiadania i właśności (bo czego miałoby to dotyczyć), tylko – zestaw obowiązków, uprawnień, przywilejów, kompetencji. Tak samo jest z dziećmi. Mam je dane pod moją opiekę, troskę jako osoby, nie jako przedmioty. Nawet rzadko mówię „urodziłam” czy „wychowuję”, bo to jakby póki co żadna moja nadzwyczajna zasługa. Kiedy ksiądz pyta na kazaniu o synu marnotrawnym, kto MA dzieci, to nie będę udawać, że nie „mam”, tylko przyznaję, że „mam”. Poza tym pytanie dyktuje formę odpowiedzi nie tylko w języku polskim. Nawiasem mowiąc przypowieść o synu marnotrawnym zaczyna się od słów „Pewien człowiek MIAŁ dwóch synów”.
Na pewno zaś nigdy nie mogłabym pomyśleć o sobie bezpłciowo „jestem rodzicem”. W przestrzeni osobistej i publicznej mówię o sobie „jestem mamą”. Do niedawna (przed erą gender) to słowo nie występowało w użyciu w liczbie pojedynczej, a jeśli występowało to w znaczeniu starodawnym jako ojciec. W ogłoszeniach o zebraniach z rodzicami też używa się liczby mnogiej – „jedno z rodziców”, a nie „jeden rodzic”. Nasze pokolenie szczęśliwie nie mówi „mój rodzic przeszedł na emeryturę, zachorował, został pochowany” itp., tylko dookreśla, że mama lub tata. Szkoda, że nasze dzieci próbuje się obciążyć tą nową nomenklaturą. Ta poprawność polityczna w dzisiejszym słowie „rodzic” przypomnia dyskusję w Parlamencie Europejskim, gdzie uznano, że chairman czy też sztuczne chairwoman jest nadużyciem i zdecydowano się na chairperson…
W każdym razie nikt z moich znajomych psychlogów nie zwrócił mi uwagi, że to jakiś błąd i zaburzenie relacji, kiedy mówię „mam dzieci”.
Swoją drogą – dlaczego nikt nie zabronił mowić do teściowej „mamo”, skoro to nie moja mama? 😉
Pozdrawiam i czekam na zapowiadane nowości.
Witaj Asiu, dziękuję Ci za podzielenie się refleksją. Nie neguję wyrażenia „mieć dzieci” – pokazuję tylko, w jaki sposób język może pchać w ślepe ulice instrumentalizmu. Na warsztatach dzieci wpisujemy po stronie naszych „zasobów” i takie ćwiczenie, choć jest skrótem myślowym, też ma wielką rację bytu i coś o nas odsłania. Słowo „rodzic” pojawiło się w artykule dlatego, by odnalazła się w nim mama i tata – dysponuję tam tylko 4 tysiącami znaków ze spacjami. Nie wyobrażam sobie myślenia o sobie bez płci. Jestem mamą. 🙂