Zmierzamy z mężem nieuchronnie do finału Person of Interest. Współpracownicy „maszyny”, będącej sztuczną inteligencją, ponoszą coraz większe stawki w ratowaniu świata. W końcu dochodzą do wniosku, że w całej sprawie nie liczą się jako osoby i gdy nadejdzie ich koniec – znajdzie się ktoś nowy na ich miejsce. Wówczas tajemnicza maszyna ingeruje w wydarzenia w spektakularny sposób i na szpitalnym monitorze pisze: „YOU ARE NOT INTERCHANGEABLE” („nie jesteś wymienny na kogokolwiek”).
Na poczuciu zastępowalności grają najczęściej wielkie korporacje. Pracuj, pracuj, bo na twoje miejsce czeka sto osób. Strategia ta wykorzystuje bardzo proste mechanizmy: gdy pozbawiamy kogoś poczucia własnej wartości, łatwo nam już tą osobą manipulować. Z jednej strony będzie prowadzić projekty, do których naprawdę potrzeba umiejętności, z drugiej – będzie o sobie myśleć na tyle niepewnie, że nie oceni swojej „wartości rynkowej” i będzie się trzymać stanowiska. W pułapce korporacji o takiej kulturze organizacyjnej może dochodzić nawet do paradoksu: pracownik z jednej strony ma czuć się tak „niezastąpiony”, by poświęcić swoje wieczory i dni wolne pracy, a z drugiej czuć na plecach oddech owego „kogokolwiek”, kto już czeka na jego miejsce. Jest to świetna metodogologia do pracy ludźmi. Bo pracować z ludźmi już tak się nie da.
Poznałam w swoim życiu empirycznie ból oddania swojego całego serca pracy (co było chętnie przyjmowane), by na koniec usłyszeć, że jestem „niepotrzebna”, w zespole stanowię „zbędną satelitę”, a to, co robiłam, „może kiedyś ktoś weźmie, a może nie i świat się nie zawali”. Jasne, że to bardzo chwieje poczuciem własnej wartości, żeby nie powiedzieć, że zmiata je jak wybuch atomu, pozostawiając krater psychicznego cierpienia, pomieszania, lęku. Zabierając się za różne rzeczy, pragniemy wiedzieć, że nasza praca jest potrzebna, a my jako ludzie – niepowtarzalni. Że wnosimy jakieś dobro, które coś znaczy.
Moja i twoja niepowtarzalność jest niekwestionowana i wynika najpierw z tego, kim jesteśmy jako ludzie. Z Bożej perspektywy ma kolosalne znaczenie, czy jesteśmy, czy nas nie ma – i to nie tylko z uwagi na jakieś dobro, które możemy sprawić, ale dlatego, że jesteśmy. Potem tworzymy więzi i znaczymy coś dla kogoś. Dla Niego, dla naszych bliskich. Dla nich zawsze będziemy niezastąpieni: nikt nie pokocha mojego męża i naszych dzieci za mnie. Z tego wypływa to, co robimy: tworzymy, budujemy, pomnażamy dobro, rozwiązujemy problemy – także pracując.
Jeśli mamy jakikolwiek wpływ na środowisko pracy, warto wnosić do niego szacunek dla konkretnego człowieka, jego kompetencji i tego, co robi. Mimo że jako zespół potrzebujemy mieć na widoku dobro wspólne bardziej niż prywatne ambicje, których przerost zaszkodzi wszystkim, to nikt nie może stawać się puzzlem w układance, narzędziem do użycia dla choćby i wielkiej „sprawy”. Od portiera do prezesa jesteśmy osobami, tak samo ważnymi i wartościowymi. Z poczuciem sprawczości i sensu mamy szansę znajdować w sobie niewyczerpane pokłady motywacji, nawet gdy przychodzi trud.
Małgorzata Rybak