Lęk przed bliskością nie pojawia się bez przyczyny. Ma swoje dobre powody. Rodzi się z doświadczenia. Pozwoliliśmy komuś być blisko i nic dobrego z tego nie wynikło. Może im ktoś był bliżej, tym celniejszy był cios.
Tym trudniej, gdy bliskość ma w nas jednocześnie dwie odsłony: lęk przed nią jest równie wielki, jak jej pragnienie. I wówczas stawia nas przed niemożliwym wyborem. Czy wejść do rzeki i się napić, a wtedy niechybnie zginąć – czy raczej umrzeć z pragnienia.
Nie wiem. Wiem, że jakkolwiek wielki nie byłby lęk, nie da się żyć bez wody. I wiem, że bliskość tym bardziej przestaje być w dorosłym życiu czymś prostym, im bardziej zagmatwana była u jego zarania. Im więcej było w niej podwójności. Nazywania miłością tego, co było zadawaniem ran. Odrzucenia i przyciągania. Wyzwisk i mówienia, że to tylko żarty. Opuszczenia i stawiania warunków niemożliwych do spełnienia. Wówczas bliskość może się kojarzyć z cierpieniem i utratą siebie. I często w tej konwencji bywa odtwarzana.
To wszystko, co chroni nasze połamane i kruche części przed zagrożeniem, jakie bliskość niesie, ma swoją historię. Ważną, której nie można zignorować, zadając sobie gwałt. Potrzeba pobyć ze sobą we współczuciu, że to takie trudne. I gdy pojawia się na to w nas moment gotowości, podejmować kolejne próby. Może ostrożniej. Może z większą odwagą bycia przy sobie. Może z zaufaniem. Że życie pisze także dobre historie. Że my możemy uczyć się siebie i uczyć się je pisać.
m
#bliskosiebie #bliskodrugiego
