Lodówka miejscem rozwoju (?)

Lodówka miejscem rozwoju (?)

Skąd biorą się przekonania, że gdy dziecko płacze, to najlepiej niech się wypłacze? Że jak się na nie nakrzyczy  z góry na dół, a potem zostawi, to ono sobie „przemyśli”? Że jeśli o coś prosi, to najlepiej powiedzieć „daj mi spokój”? Skąd się bierze taki pomysł na „rozwój”?

Myślę, że z doświadczenia. Przyswajamy najbardziej edukację płynącą z doświadczenia. Jeśli słyszałeś, że nie wolno płakać albo nie ma powodu, tak też odnosisz się do innych – a najpierw do siebie samego. Jeśli jako dziecko przychodziłeś do rodziców, którzy nigdy nie mieli czasu, nauczyłeś się, że cokolwiek chcesz, to nadmiar i coś nieważnego. Wówczas uczucia w dorosłym życiu przychodzą razem z poczuciem winy. Dorosłość przychodzi razem z imperatywem „nie wolno nic czuć”.

Więc najpierw „zimny chów” praktykujemy na sobie. To te wszystkie teorie, według których człowiek rozwija się wtedy, gdy wsadzimy go do lodówki i poczekamy, aż sobie sam poradzi. Ze smutkiem, z trudnymi przeżyciami. Że jakoś „urośnie” dzięki izolacji. Że szczytem dobrej formy jest poradzić sobie samemu. Nikomu nic nie mówić. Nie być dla nikogo ciężarem. Nic od nikogo nie chcieć i nie potrzebować. No bo kiedyś próbowaliśmy i wyszło strasznie.

To te zabawne (a przecież okrutne) hasła, że można zrobić coś złego, żeby z tego wyszło coś dobrego. Te obłudno-religijne interpretacje, które Boga przedstawiają jako okrutnego szaleńca, przypisując Mu autorstwo w sprawach, w których to ludzie podejmują wybory. To owe „odważne” założenia, że ktoś musi poczuć się kimś gorszym po to, by stał się kimś lepszym. Jak dziecko, któremu trzeba przyłożyć po to, by zaczęło rozumieć świat.

Potem dorośli  zamykają emocje w lodówce. Dzieje się coś trudnego – „ee, to nic takiego”. „Co nas nie zabije, to…” A jeśli komuś obok wydarza się dramat, trzeba szybko zredukować. „Sam na to zapracował”. „Teraz to się nauczy”. „Bóg tak chciał”. I tylko gdzieś tą gorycz istnienia trzeba podać dalej. Najłatwiej dzieciom. Niech wiedzą, że jak w życiu dostaje się przysłowiowy „wpierdziel”, to potem człowiek jest silny (?).

Jaka teoria świata z tego powstaje? Okrutnej dżungli, rządzącej się prawem silniejszego, prawem przetrwania. Wcale nie upragniona kołyska rozwoju. No właśnie, a propos kołyski – bardziej niż dżungla, rozwojowi służy kołyska. Żeby był rozwój, potrzebne jest bezpieczeństwo, życzliwość, czas. Czas dla dzieci, czas dla siebie, czas dla współodczuwania. Wówczas jest miejsce dla tworzenia więzi, przyjaźni, wzajemnego szacunku. Lepszy świat nie rodzi się z deptania kruchych kwiatów ludzkich przeżyć, ale z klękania z twarzą blisko przy ziemi, by je zauważyć, ochronić, pozwolić im być.

Małgorzata Rybak