Marysia

Marysia

W piątek pożegnaliśmy na cmentarzu Marysię. Była z nami kilkadziesiąt dni i ze swojego ukrycia pod moim sercem roztaczała swój nieświadomy, ale mocny wpływ na nasze życie, myśli, plany, samopoczucie, możliwości, marzenia i decyzje. Nie spodziewaliśmy się, że nie będzie nam dane spotkać się w okolicznościach porodówki, pierwszego spojrzenia, pierwszego kontaktu skóry do skóry, pierwszego karmienia, poznawania siebie nawzajem i dorastania w naszej rodzinie. Jakoś inne opcje nie przyszły nam do głowy i strata była jak załamanie lodu na ślizgawce. Szokująca.

Jestem ogromnie wdzięczna mojemu lekarzowi, związanemu z Fundacją Evangelium Vitae, doktorowi Lechowi Wojewodzicowi. Przyjął mnie na oddział w Świdnicy i gdy okazało się, że serce naszej córeczki przestało bić, udzielił pełnej informacji o prawach, jakie przysługują nam i naszemu dziecku. Dowiedzieliśmy się, że można oznaczyć jego płeć, uzyskać akt urodzenia i zgonu, wpis w Urzędzie Stanu Cywilnego i nabyć pełnych praw do pogrzebu. Zresztą personel szpitala wspierał nas na każdym kroku – było tam czymś naturalnym, że mamy wybór odnośnie sposobu pochowania naszego dziecka, mimo że zmarło przed narodzinami. Tak, jest w tym coś przejmującego i podnoszącego, że w sytuacji, gdy nie da się zrobić po ludzku nic, znajdują się małe rzeczy, które zrobić można. Nawet jeśli są to ustalenia z zakładem pogrzebowym, kupienie pieluszki na ostatnią drogę czy wypisanie szarfy. Doświadczamy tego, że nasza żałoba potrzebuje tych środków, znaków, gestów, faktów, by całą to sytuację móc przeżyć. Także jako rodzina. By trudne emocje, smutek, ból – nie wisiały w powietrzu, nie były czymś, o czym się nie mówi, ale wszyscy biorą je na siebie w poczuciu winy i bezradności, w plątaninie domysłów. Byśmy mogli sobie samym i sobie nawzajem dawać współczującą przestrzeń mówienia, milczenia, radzenia i nieradzenia sobie.

To dla mnie ogromnie bolesny czas, a jednocześnie mimo intymności tych przeżyć i związanego z nimi cierpienia, nie czuję, że to temat tabu. Wydaje mi się, że przedwczesna strata dziecka jeszcze nie doczekała się powszechnego odczarowania i dlatego tak często brakuje przyzwolenia na smutek, żałobę, uczuciowe splątanie i zagubienie – mimo że psychiatrzy specjalizujący się w skutkach tego rodzaju traumy, jak znany nam osobiście od wielu lat Witek Simon, piszą i mówią o ogromnie obciążającej skali tego przeżycia. Myślę, że to naprawdę nie jest tak, że „trzeba się szybko pozbierać”, „zapomnieć”, że „to nic”. Myślę, że wręcz przeciwnie – trzeba bardzo dobrze zaopiekować w sobie tę cierpiącą część. Czule, z uwagą, z byciem przy sobie i z akceptacją, że to droga pełna pytań.

Jestem wdzięczna za gesty i słowa, ale też i za zakłopotane milczenie i brak słów, w których także odnajduję współczującą obecność innych ludzi. Dziękuję za przytulenia, choćby najbardziej wirtualne, które biorę całkiem serio – tak trudno w tym doświadczeniu jest przytulić samą siebie, gdy wydaje się, że jakaś ważna część własnego „ja” także została stracona i nie wiadomo jeszcze, gdzie jej poszukiwać.

Zostaje we mnie cicha nadzieja, że to, co wydaje się przeżyciem odległości między życiem i śmiercią będzie też doświadczaniem bliskości – w rozmowach i w byciu bez słów. I w wierze, że Bóg jest współczująco obecny, bliski i uczestniczący w tej stracie razem z nami

M

 

10 komentarzy

  1. Agaja

    Jestem.
    Czytam te słowa w podróży, z grubsza na autostradzie za Świeckiem, gdzie dwa miesiące temu bez jednego dnia przeżywaliśmy odejście Łucji i ból jej Rodziców. Płaczę z Tobą. Jedno wiem, Marysia żyje i kiedyś wybiegnie Wam na spotkanie.
    Nie będę pisać teraz więcej. Pamiętam.

Komentarze są zamknięte.