Kiedy kolega przysłał mi przypomnienie kilka dni temu, że zaraz zaczyna się kolejny konkurs Chopinowski, pomyślałam: „Nie, nie, tylko nie to, w tym roku sobie nie mogę na to pozwolić”.
Na słuchanie wszędzie. Na słuchawkach, na laptopie, przez radio w samochodzie.
Na układanie swoich grafików pod przerwy w transmisjach.
Na słuchanie wieczornego wykłócania się ekspertów w temacie tego, kto jak grał (dla mnie rozróżnianie gry pianistów tej klasy to w większości abstrakcja). Bo tak cudnie jest tego słuchać.
A jednak przepadłam z kretesem.
A jednak znowu jestem jak ta piętnastoletnia Gosia, która po raz pierwszy usłyszała pierwszy etap konkursu na małym czerwonym radiu stereo no name, przywiezionym przez kogoś z RFN do komisu, a później zakupionym za oszczędności życia plus wsparcie finansowe rodziców.
Gdy usłyszała, dała się zagarnąć i słuchała potem już zawsze, ilekroć mogła.
Październiku, który miałeś być w rytmie Latino, będziesz jednak w rytmie nokturnów, preludiów i sonat.
Gdyby słuch po mnie przepadł
znaczy
żem zasłuchana na amen
Małgosia
Fot. Narodowy Instytut Fryderyka Chopina
