Moje „nie” opowiada mi o tym, że są takie sprawy, których nie mogę poświęcić. Nie mogę ich oddać w zastaw, pożyczyć, wytargować z samą sobą – bo jeśli tak się stanie, utracę jakąś ważną część siebie. Poniosę koszt, który nie będzie wart tego, co przyjdzie w zamian – poczucia, że kogoś „nie zawiodłam”.
Mam doświadczenie, że w tym, by mieć odwagę mówić „nie”, bardzo pomaga świadomość, czemu chcę mówić „tak”. Jak wtedy, gdy wybieram integralność własnych granic. Gdy mówię „tak” najgłębszym wartościom, z którymi chcę być w zgodzie. Gdy mówię „tak” własnym realnym możliwościom i fundamentalnym potrzebom. I gdy mówię „tak” swoim bliskim, chroniąc ich przed natłokiem kalendarza, ciśnieniem pracy do wykonania i presją oczekiwań innych ludzi.
Nie mam nieskończonych zasobów. I nie dysponuję nieograniczonym czasem. Za każdym „tak”, któremu decyduję się poświęcić uwagę, stoi jakieś „nie”. Coś, dla czego braknie mi już czasu. Jeśli zaś mam poczucie, że brakuje mi go dla ważnych dla mnie spraw i ludzi (ze sobą samą włącznie), mogę sprawdzać i pytać siebie, czy może mówię „tak” zbyt często temu, co jednak aż tak ważne nie jest.
Lubię widzieć moje „tak” i moje „nie” jako wybór.
m