Kiedy dzieci nie są widziane przez swoich rodziców, nabierają przekonania, że wina jest w nich. Że z nimi jest coś nie tak. Że za mało się starały. Że gdyby były kimś innym – lepszym – zasłużyłyby na miłość.
Z tego doświadczenia pozostaje wiele przekonań na dorosłe życie.
Że trzeba być kimś wyjątkowym i nieustannie to udowadniać.
Że w relacji trzeba się natyrać.
Że akceptacja jest czymś tylko „w nagrodę za…”
Że prędzej czy później ludzie się mną rozczarują.
Że odkryją tajemnicę, jak bardzo ze mną jest nie tak.
Że gdyby inni wiedzieli, jaki jestem naprawdę, nie dotrzymywaliby mi towarzystwa.
Jedynym lekarstwem na to – tak myślę – jest doświadczanie, że jest inaczej. Że można być przyjmowanym za darmo. Ze swoją mocą i obdarowaniem, ale także zupełnie słabym, z porażkami i tym, co nie wyszło. Nie za dokonania i za to, co się robi, ale dlatego, że się jest.
Potrzeba do tego i innych ludzi, którzy nas pokochają, i odwagi odsłonięcia się. Potrzeba też ujmowania się za sobą i bycia ze swoją „zwykłością” – by móc dostrzegać w niej coraz bardziej własną cudowną niezwykłość. ?
Bądźcie dla siebie dobrzy ?
m
#bliskosiebie #bliskodrugiego #bliskidom
Źródło obrazka: Charlie Mackesy, „Chłopiec, kret, lis i koń”