W tym, by lepiej radzić sobie z emocjami, pomaga też coś, co nazwałabym prewencją. Ważne było dla mnie odkrycie i nazwanie, że jestem osobą wysoko wrażliwą (to właściwość, której obecnie poświęca się więcej uwagi*), przez co nagromadzenie bodźców i stresorów powoduje, że przestaję sobie radzić z napięciem. Nie mniej ważne było i jest dla mnie opiekowanie się swoją własną historią. Doświadczeniami, jakie coś we mnie pogruchotały, zostawiły trudną pamięć, od czegoś w sobie odcięły. Własna historia i doświadczenie uczy, że jeśli zrobimy (albo nie zrobimy) rzecz A, na pewno wydarzy się B – jak ból.
W jakimś sensie uszanowanie tych swoich szczególnie wrażliwych miejsc wyraża się dla mnie w mądrzejszym wybieraniu. Jeśli pamiętam, jak to boli, gdy nikt nie słucha – mogę wybierać miejsce i czas, by zostać wysłuchaną. Czyli na przykład nie gadać do męża, który akurat chce w tempie błyskawicy posprzątać garaż. Nie zwierzać się komuś, kto już tysiąc razy zrobił buzię w dziubek i odpalił: „co za głupoty opowiadasz”, „ja sobie radzę z tym lepiej”, „z igły widły robisz”. Agnieszka Stein powiedziała kiedyś: „nie chodź po empatię tam, gdzie jej nie dostaniesz”. I przeciwnie: wybieraj relacje, miejsca i źródła, które ciebie wzmacniają, karmią, dodają sił do bycia w życiowych rolach.
Tak, wydaje mi się, że to ważna część w radzeniu sobie z emocjami: niefundowanie sobie takich sytuacji, o których możemy już z dokładnością do 99 procent przewidzieć, jak potem będzie trudno. By trudnych sytuacji, które i tak życie przynosi, nie mnożyć. By radzić sobie z tymi, które są nieuniknione, ale świadomie nie prowokować takich, których uniknąć było można.
m
*Opisuje ją Elaine Aaron w książce Wysoko wrażliwi, wiele uwagi poświęca temu tematowi także Tomasz Sadzewicz (Bliskościowy Ninja)
#bliskosiebie
(Do wykonania grafiki wykorzystałam zdjęcie Kariny Vorozheevy / Unsplash)