Przylądek dobrej nadziei na oceanie emocji

By emocje nie okazały się czymś pochłaniającym, zagrażającym i strasznym, dziecko potrzebuje dorosłego, który się ich nie przestraszy. Kogoś, kto pokaże, że lęk, złość i smutek przytrafia się każdemu, że jest częścią życia, jak jedzenie i oddychanie. I że wtedy pomaga nazwanie, co się stało, że to uczucie przyszło. Na czym dziecku zależało, co straciło, czego chciało. Wtedy uczucie przestaje być czymś nie do opanowania. Jak bardzo potrzebny jest dorosły, który nie boi się złości, ale pomaga ją zrozumieć. Kto wytrzymuje lęk i wie, że to normalne się bać. Ktoś, kto zrozumie smutek, nada mu wagę i pomoże go przeżyć, nie opuszczając w nim i trzymając za rękę. Ktoś, kto nie krzyczy, gdy dziecko krzyczy. Ale jest spokojnym, bezpiecznym przylądkiem, przy którym można zacumować, wypływając z oceanu uczuć.

Jeśli dorosły zaraża się emocjami dziecka i zaczyna je przeżywać jak swoje własne, to znalezienie gruntu pod nogami staje się dla dziecka niemożliwe. Rodzic jest wówczas jak wiszący most, który wpada w rezonans razem z tym, kto po nim idzie czy biegnie. Rezonujący most, huśtający się na wszystkie strony, nieprzewidywalny i niebezpieczny – nie pomoże dziecku przejść na drugą stronę.

W tym, by nie być mostem wpadającym w rezonans, pomaga mi myśl, którą dawno temu znalazłam u Thomasa Gordona: że to nie o mnie. Złość, smutek albo strach dziecka jest nie o mnie. Nie o tym, jaką jestem mamą i nie o tym, czy dzieci mnie szanują, kochają i biorą pod uwagę. Uczucia dzieci są historią o nich – o tym, czego potrzebują i co przeżywają. I nawet jeśli w ich zachowaniu widać tylko chaos, a w słowach zaczepki i zarzuty, to jedynie tak, jak potrafią, opowiadają o sobie. I wtedy to ja mogę zacząć im pomagać się w tym połapać. „Chyba cię to wkurzyło?”. „Widzę, że coś się stało?”. „Musi ci być bardzo trudno”. To jedyna droga, by powoli uczyły się o nich mówić w sposób, który otoczenie będzie mogło zrozumieć.

Dzięki temu rzadziej toczymy słowne wojny – dzięki odkryciu, że ląd to ja, a słowa dzieci to niezdarne mosty, przez które trzeba pomóc im przejść do rozmowy o tym, co się w nich dzieje.

m

Fot. Bekah Russom / Usplash

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *