Nigdy nic mi się nie udaje

Nigdy nic mi się nie udaje

„Nigdy nic mi się nie udaje” – jak wielki to ciężar, żywić takie wewnętrzne przekonanie na swój temat, a zarazem – jaka to bezpieczna dewiza życiowa. Mówiłyśmy o tym w trakcie warsztatów: nie boimy się naszej niemocy, ona daje wielkie poczucie bezpieczeństwa. Jeśli „nic nigdy mi się nie udaje”, przebywam już tak nisko, że w najgorszym wypadku spadnę z dywanu na podłogę. Najlepiej jeszcze niech wszyscy o tym wiedzą. Najlepiej przeproszę, zanim coś zrobię, na wypadek, gdyby miało znowu się nie udać. Będę w porządku.

Tym, czego możemy bać się naprawdę, to nasza moc. To, że COŚ potrafię, COŚ mi się udaje i to być może naprawdę CZĘSTO. Czy inni będą mi zazdrościć? Czy stracę przyjaźnie? Te budowane na poczuciu zależności i niższości mogą rzeczywiście się rozpaść, ale czy to źle? Czy przewróci mi się w głowie? Czy to źle być szczęśliwym człowiekiem, który sprawia jakieś dobro wokół siebie?

Czy mogę myśleć o sobie dobrze? Czy starczy dla mnie miejsca na świecie?

Tak. Każdy COŚ potrafi i jest w tym świetny. Tak to działa. Dlatego potrzebujemy siebie nawzajem. Moje braki wołają we mnie o Twoją pomoc, którą przyjmę z wdzięcznością. Twoje niedostatki chętnie obdaruję moim nadmiarem. Nikt nie jest tak ubogi, by nie miał NIC do ofiarowania, żadnego talentu do pomnożenia.

Zwłaszcza jeśli byliśmy wychowywani w poczuciu, że trzeba ustąpić całemu światu, możemy mieć kłopot z wprowadzeniem do swojego wewnętrznego dialogu podstwowego przekonania, że jestem wystarczająco dobra. To znaczy, że często mi coś wychodzi, a czasami nie. I nawet jeśli są dni, że więcej się nie udaje niż wychodzi, to przecież ciągle się uczę. Z tych słabszych dni także. Z moim życiem i działaniem powiązana jest nieskończona nadzieja.

Wyrzuć ze swojego słownika: nikt, nigdy, nic. Twój świat pomnoży się o tysiące kolorów.

Małgorzata Rybak