Po ciężkim weekendzie, który odświeżał niezagojone rany burzliwego końca naszego udziału w projekcie, w którym pokładaliśmy onegdaj wielkie nadzieje, towarzyszy mi refleksja, jak ogromnie łatwo jest kogoś wewnętrznie uszkodzić, a jak bardzo trudno – naprawić, pozbierać, ocalić, uzdrowić. To pierwsze może się dokonać przy minimalnej energii krzywdziciela, to drugie – wymaga setek godzin, dziesiątek miesięcy albo i lat, udziału wielu osób, miliona pozytywnych zdarzeń, a i z tym nie wiadomo, czy wewnętrzne połamanie i zgliszcza stworzą w końcu jakiś pejzaż wiosny, czy dostępne pozostaną tylko małe kępki kwiatów, do których można schylać policzek w nadziei, że już nie spadnie następna bomba.
Ludzie odrzuceni stają się dziwnie cisi, nieobecni, przezroczyści. Niezdarni w próbach i ochronienia siebie przed kolejną katastrofą zawiedzionego zaufania, jak i w wiązaniu białej flagi na patyku i ostrożności wychylania się do świata. Zawstydzeni swoim kalectwem. Z założenia niechcący zajmować przestrzeni, zajęci poszukiwaniem bezpiecznego kąta. Mało kto potrafi rozszyfrować skąpy alfabet Morse’a, w którym nadają ciche wołanie o pomoc. Ciche, bo przecież na głośne nie ma siły ani odwagi. Bo przecież z połamanymi rękami można wyciągnąć dłoń tylko po okruszek przyjęcia. Jego bochenek mógłby przygnieść do ziemi. Ale jego brak może nie pozwolić dotrwać do następnego dnia.
Im jestem starsza, tym bardziej widzę to i w to wierzę, że nie ma żadnych cudów samo-zmartwychwstania. Że śmieszne jest oczekiwanie, by ktoś z wewnętrzną raną i uszkodzonym wichurami życia zaufaniem bardziej się spiął i więcej postarał, a co zabawniejsze jeszcze – „wszystkim (znaczy komu?) pokazał”, że jest „ponad tym”. I jestem też coraz bardziej przekonana, a nawet pewna, że skutki ran odnoszonych w relacjach z osobami czy instytucjami mogą uzdrawiać jedynie więzi z innymi. Że nawet po to, by zbudować relację z samym sobą, w której jesteśmy sobie bliscy, współczujący i życzliwi, potrzeba się tego gdzieś uczyć. Potrzeba tego doświadczać w więzi z Bogiem i innymi ludźmi. I trzeba doświadczyć tego bardzo wiele.
Do końca swoich dni będę orędownikiem świata wrażliwego na sygnały Morse’a od tych daleko spoza wesołych tłumów. Dziecka podpierającego ścianę, dziewczynki w najbrzydszej sukience, staruszki nieumiejącej przejść na drugą stronę ulicy (jakby ta była rwącym nurtem Missisipi), singielki zakłopotanej przy świątecznym stole, spuszczonych oczu, milczących ust, drżących dłoni.
M