I tym razem dzisiejsza ewangeliczna opowieść o perle uderza mnie jako historia o czymś innym, niż dawniej myślałam.
Jeśli z Ewangelii zabierze się najważniejsze – intymną relację między osobami – zostaje zbiór norm etycznych. Kupiec znalazł perłę, sprzedał wszystko, co miał i ją kupił. Cała aktywność jest po stronie człowieka. Gdyby patrzeć na to powierzchownie, moglibyśmy dostać kolejną pochwałę perfekcjonizmu, samorozwoju i jakiegoś samozbawienia.
Ponownie wraca do mnie natrętna myśl, że kto inny jest kupcem, a kto inny perłą. Może dlatego, że imię „Małgorzata” we wszystkich starożytnych językach oznacza właśnie „perła”. Może więc to także historia zupełnie innego znalezienia. Jezus podejmuje wszelkie starania, by dotknąć mojego ramienia. By spowodować, bym odwróciła do Niego twarz w takiej sferze zaufania, w której nie ma już masek, makijażu i niewypowiedzianych dotąd uczuć. Może On opowiada także sam o swojej własnej historii. By mnie znaleźć, sprzedał wszystko, co miał. Możliwe lata życia, miejsca, które mógł jako człowiek odwiedzić, zdrowie i najdroższe ziemskie relacje. Wszystko to oddał, by być blisko mnie, blisko Ciebie.
Usłyszałam wczoraj na webinarze Agnieszki Stein*, której mogłabym zresztą słuchać godzinami, że niezwykle rzadko się zdarza, że człowiek zmienia się dlatego, że wie, jak robić dobrze albo że sam robi źle. Zastanawiałam się, czego zatem potrzeba, by zmiana była możliwa. By ciężar własnych słabości nie przypominał ciągle, że nadal nie potrafimy tworzyć takiego życia i takich samych siebie, o jakich marzymy.
Myślę, że potrzeba na pewno zrozumienia własnej historii i dotarcia do źródeł rozmaitych postaw i przekonań. Ale dochodzę też niezmiennie do wniosku, że do zmiany, rozwoju i po prostu do życia potrzebne są więzi. Głębokie, dające poczucie, że jesteśmy kimś wartościowym niezależnie od tego, co osiągamy i jak nam różne sprawy wychodzą. Więzi z innymi ludźmi. Ale także więź z Tym, który zna nas najlepiej i w sposób najbardziej osobisty. On na pewno nie jest jak rodzic, który odwraca role i obciąża dziecko ponad miarę: „masz zrobić dla mnie WSZYSTKO”. Którego zadowolenie wynikłoby z tego, co tam zdziałamy i jak bardzo wyprujemy sobie flaki. On raczej zadaje pytanie: Czy mogę się Tobą zaopiekować? Czy pozwolisz sobie potrzebować miłości, czułości, dobroci? Czy pozwolisz, bym Ciebie kochał?
Tylko zaopiekowani – jesteśmy zdolni do zajmowania się innymi. I do przyjmowania ich takimi, jacy są.
Małgorzata Rybak
*Agnieszka Stein – twórczyni nurtu Rodzicielstwa Bliskości