Wielu z nas nawet nie wie, że ją ma. A przecież w niej żyjemy, poruszamy się i jesteśmy.
Trzyma wszystko w środku nas „w kupie”. Otula mięśnie, kości, nerwy, narządy, by żadna mięśniowa nitka, żaden organ, nic w nas – nie czuło się osamotnione. Utrzymuje je w łączności, nadaje kształt, zapewnia zdolność wzajemnego przemieszczania się tego, co wewnątrz nas potrzebuje być w ruchu. Byśmy i my mogli być w ruchu.
Na ogół czujemy ją dopiero wtedy, gdy boli. Odzywa się na skutek przeciążenia – obojętnie, czy wysiłkiem fizycznym, czy monotonną pozycją ciała, czy ilością napięcia. Wówczas gęstnieje, zaciska się albo choruje. Bolą plecy, głowa, skronie. Nogi, ramiona, brzuch. Powięź potrzebuje pomocy. My jej potrzebujemy.
Powięź to też pamiątka po więzi. Po pierwszych więziach, jakie mieliśmy. Zostawiły w nas albo poczucie bezpieczeństwa, zdolność rozluźnienia i czucia ciała, albo niekoniecznie. Zapisały się w sylwetce – otwartej i dobrze połączonej z ziemią, lub skuliły nam ramiona, przekrzywiły głowę, skierowały ręce ku dołowi, jakby nie miały prawa ani czynić, ani się bronić. Nauczyły wyrażać siebie, albo zacisnęły nam szczęki, by nie czuć, nie płakać i nie prosić. Albo uzbroiły ciało do wiecznego sporu ze światem i górowania nad nim, by pierwszy nas nie obezwładnił.
Te pierwsze więzi albo nas otulały w bezpieczeństwie, chroniąc przed walką lub zamarciem, albo wpisały w ciało napięcie i lęk. Uwrażliwiły nas na własne ciało – albo zobojętniły na siebie samych.
To jeden ze sposobów, w jaki możemy wchodzić w dialog z ciałem – pytać, jak mu jest i robić w swojej głowie na nie miejsce. Pełne czułości i troski, nawet jeśli nie od razu rozumiemy szyfry, jakimi ciało chce nam coś powiedzieć i o coś nas poprosić. Na przykład, że chce mieć z nami więź, bo bez niej nie będzie w stanie żyć.
Bądźcie dobrzy dla siebie <3
M
Fot. Raul Angel / Unsplash