Całkiem niedawno usłyszałam zarzut, że ze swoim JA+JA promuję egoizm, który usuwa z horyzontu drugiego człowieka.
Moja asertywność, nadal na etapie powolnego rozwoju ze stanu uprzedniego niebytu, w którym na porządku dziennym było rozdawanie ludziom siebie i wszystkiego swojego na prawo i lewo na podwórku bez granic (dziś wielu z nich trudno na tym podwórku zobaczyć), ledwo dała radę pod ciężarem gatunkowym argumentu. Ale przecież droga do JA+JA została okupiona tak wielką ceną, zwieńczyła tyle poszukiwań i wymagała ode mnie tyle odwagi, że głupio byłoby oddać walkowerem.
Co się dzieje, jeśli zabraknie miłości do siebie? Jeśli siebie nie kocham, nie przyjmuję, myślę o sobie źle? Przecież skądś muszę zaczerpnąć niezbędnej do życia informacji o tym, kim jestem. Będę więc szukać dowodów własnej wartości na wszelkie sposoby. Niech powiedzą mi to ludzie, że jestem coś wart(a). Niech nakarmią mnie okruchem czułości, którego sobie odmawiam, trzymając siebie na wiecznej głodówce. Niech zajmą się moim szczęściem i rzucą mi koło ratunkowe. Jasne, że w relacjach otrzymujemy po trosze tego wszystkiego: i akceptacji, i motywacji do działania, i informację o sobie. Tę moc sprawczą ma i miłość, i przyjaźń. Jednakże dla człowieka, który sam nie potrafi siebie pokochać razem ze swoimi ograniczeniami, życie będzie nieustannym poszukiwaniem luster, w których mogę się przeglądać i ludzi, którzy emocjonalnie mogą mi coś dać. Gdy JA+JA nie istnieje, tym bardziej innych używam do samopotwierdzenia i nakarmienia się ich podziwem, często pod pozorem innych – niekiedy bardzo górnolotnych – motywacji.
Motywem do wyjścia do świata nie może być to, że nie umiem w ogóle być ze sobą. Bo wtedy marne szanse, że będę umieć głęboko i empatycznie być z kimkolwiek. Może co najwyżej powierzchownie być „ze wszystkimi” (im więcej, tym lepiej). Łatwo też mogę wówczas paść ofiarą manipulacji i poranienia – jako „łatwy łup” dla kogoś, kto traktuje świat bardziej bezwzględnie. Albo druga skrajność – skatowana bezlitosnymi osądami na swój temat, będę tak samo niemiłosiernie oceniać innych. Wiecznie zła na siebie, nieustannie wkurzona na innych.
Miłość do siebie nie może czekać na moment, aż urosnę do swojego „ja” idealnego. Pięknie opowiada o tym nie kto inny jak Qczaj, znany góral i trener, prowadzący w internecie programy sportowe dla kobiet, w szczególności mam „siedzących w domu”. Według Daniela Kuczaja, pokochać siebie trzeba w swoich aktualnych możliwościach i ograniczeniach: „Od samego początku mówię do dziewczyn – pokochaj się w tym momencie, w którym jesteś, nawet, jeśli jesteś otyła. To może brzmi absurdalnie, wielu trenerów tego nie rozumie. Ja nie nawołuję do tego, by przestać o siebie dbać, ale mówię – ukochaj się w tym stanie, bo coś Cię do tego stanu doprowadziło. I z tą świadomością walcz o siebie”.
Cały wywiad z nim, przeprowadzony przez Annę Malec dla Aleteia Polska, można przeczytać TU [KLIK]. Jego przesłanie „ukochoj się” jest bardzo spójne z myślą przewodnią warsztatów „ZŁAP ŻYCIE” [KLIK], znanych pod roboczym tytułem jako „JA+JA”. Przekonuję tam, że nie chodzi o akceptację siebie – ale właśnie o czułą i serdeczną miłość. Jedna z uczestniczek zanotowała sobie: myślą, mową i uczynkiem. Wierzcie, że jest to droga bardzo trudna, ale przynosząca zbawienne owoce dla człowieka i jego otoczenia.
Małgorzata Rybak