Przez wiele lat w pracy z małżeństwami i we własnym małżeństwie znany był mi nurt, w którym koncentrujemy się na tym, by się nie kłócić i nie gniewać*, zapominać o sobie i chodzić na randki. Te rzeczy na pewno coś ważnego mówią o tym, co się dzieje w dobrej czy wręcz kwitnącej relacji, natomiast nie dają narzędzi, by się „nie gniewać” i „nie kłócić”.
Jestem pewna, że większość ludzi naprawdę nie chce wojować z mężem albo żoną o małe i wielkie sprawy, ale nie ma pojęcia, jak tam się dociera. Z czasem odkryłam, że niekiedy zamiast „pracować nad relacją”, lepiej jest zaopiekować się sobą i własnym gniewem. On mówi coś ważnego najpierw o nas samych (choć wydaje się, że w kłótni opowiadamy o drugim człowieku i sposobie, w jaki nas zawiódł). Ten powrót do siebie, poznanie swoich słabych i zranionych miejsc, docieranie do źródeł gniewu, które najczęściej są naszą osobistą prehistorią, rzutującą na to, jak widzimy siebie i swoje miejsce na świecie dzisiaj, daje szansę pokoju. Zaczynamy rozpoznawać, o czym mówi nasz gniew i zajmować się sobą, zamiast podawać go dalej, bez odczytania listu do nas samych, z jakim przyszedł.
Życzliwe przyjęcie siebie, przyjaźń z samą i samym sobą – naturalnie udzielają się w relacji z drugim. Trzeba zakończyć wojnę w sobie, żeby przyjąć drugiego.
M
*gniew jest zbyt ważnym informatorem, by go odbierać mu rację bytu – warto mu jedynie odebrać jego siłę niszczenia
Fot. Devin Kleu / Unsplash