Pojęcie „pracy nad relacją” jest ogromnie niepełne. Jasne, że możemy tworzyć jako para pewne warunki, by relacja mogła przetrwać i mieć się coraz lepiej, jak na przykład dawać sobie czas i miejsce na bycie razem.
Naiwnym byłoby jednak lekceważyć to, co każdy do relacji wnosi i spodziewać się, że jakiś szkielet czy taktyka uratuje nas przed nami samymi. Próby zbliżania się do drugiego nieustannie odsłaniają przede mną różne trudne, osłabione części mnie, jeszcze nie całkiem zdolne do tworzenia więzi. Dlatego potrzeba poznać własny bagaż i rozpakowywać go po kawałku, nadając sens swojej własnej historii. Opiekując się w tym, co w niej zostało zranione, złamane, nierozwinięte.
Oglądałam kiedyś w TV wywiad ze doradcą małżeńskim, który powiedział, że warto iść na terapię, by przygotować się do małżeństwa i po ślubie mieć już wszystko „załatwione”. Zatrzymało mnie to i spowodowało wewnętrzny protest. Czasami taka pomoc ewidentnie jest potrzebna, by w ogóle wejść w związek z drugim. Jednak przekonanie, że można siebie poskładać na zapas – to kolejny wielki idealizm, konfabulacja. Te najbardziej poranione cząstki nas, które potrzebują uzdrowienia, ujawniają się dopiero w relacji bliskości i zależności. Tam, gdzie wnosimy ze sobą wszystko i wszystko ryzykujemy. W takich relacjach dochodzą dopiero do głosu zapisane w nas głęboko wzorce bliskości. Tam odgrywamy sceny z własnego dzieciństwa albo walczymy, by nigdy się nie powtórzyły. By mąż, który samotnie ogląda telewizję, nie oddalił się tak bardzo, jak mama, która wyszła po zapałki i nigdy nie wróciła. By żona, która ma swoje zdanie, nie zamieniła się w dominującego rodzica, który na nic nie pozwalał. Rozgrywają się w nas całe przepaści istnienia. Wprowadzają wiele bólu i zamieszania, dopóki ich nie zrozumiemy i nie oddzielimy tego, co było, od tego, co jest.
Dlatego rozwój nie odbywa się w sposób „jedno po drugim”. „Najpierw naprawię siebie, a potem stworzę [idealny ] związek”. Tak nie trzeba, ani nawet się nie da. Żyjemy i rozwijamy się w więziach. Potrzebujemy ich i po to, by otrzymywać wsparcie i odkrywać własną niewystarczalność, ale też i po to, by mogła dojść do głosu nasza słabość i niedoskonałość. Byśmy mogli się nią zaopiekować. Rozwiązać swoje wielkie konflikty i znaleźć odpowiedzi na kluczowe pytania. Poznać własną historię. Oddzielić się od swoich rodziców, a potem ich zrozumieć. Poznawszy trudy tej drogi, z tym większym szacunkiem możemy odnosić się do tajemnicy drugiego.
Dlatego tak ważne jest JA+JA. Sprawy, które potrzebują się wydarzyć między mną a mną i nie stanowią konkurencji dla relacji z drugim, ale ją wspierają, ożywiają, chronią.
Małgorzata Rybak