Święta uruchamiają w nas wiele ze wspomnienia domu. Bardziej jeszcze wydaje mi się trafna obserwacja jednej z uczestniczek warsztatów, że pamięć własnego domu może sprawiać, że chcemy zachować wszystko to, co było dobre i piękne, a zarazem zrobić zupełnie odwrotnie te rzeczy, które zapisały się we wspomnieniach jako ciężar. Jasne, że na to nadbudowujemy własne odkrycia, rytuały i pomysły na życie, a jednak w sytuacji stresu, pośpiechu, napięcia, zdążania – jako automatyzmy odżywają właśnie te sprawy, których w tworzonych przez nas samych domach to miało już nie być. Jakby brały w łeb wszystkie rozwojowe lekcje, a do głosu dochodziły tylko te najwcześniejsze. Z czasu, gdy byliśmy dziećmi i to dorośli dla nas tworzyli przedświąteczny klimat.
Święta mogą więc odsłaniać w nas stare koleiny. Ja chciałabym swoim dorosłym umysłem przeżywać je jako misterium spotkania, ale jakaś część mnie widzi lawinowo pojawiające się kąty do sprzątnięcia, zakupy (na 10 lat do przodu) do zrobienia, kuchenne zadania do ogarnięcia.
Nie wiem, jak w tym odnajdują się mężczyźni, ale zachęcałabym kobiety, które mają już własne domy, do wycieczki w przeszłość i zobaczenia swojej mamy w przedświątecznej aurze. Czy się uśmiechała? Czy stawiała sobie poprzeczkę pod sufitem i była przemęczona i smutna? Czy umiała odpuszczać? Czy w moim domu ważne były zadania do odhaczenia i rzeczy do zrobienia, czy ludzie i to, jak się do siebie odnoszą?
Nie da się „zrobić wszystkiego inaczej” bez zapytania siebie, jakie nasz dawny dom na „przedświęciu” budził w nas uczucia. Poprzeglądać te przyjemne i budujące, i zajrzeć w oczy tym smutnym. Czy wypastowane buty to była radość Świąt, czy pusty rytuał kolejnej rzeczy, którą było trzeba?
Mam też poczucie, że wiele czasu może zająć uwalnianie się od tego, co jest tylko przymusem – często zresztą przymusem brania na siebie znacznie większej ilości „rzeczy do zrobienia”, niż jest się w stanie unieść, tak, że potem Święta to bardziej złożenie umęczonego pracą ciała do grobu niż rześki poranek Zmartwychwstania. I wydaje mi się, że czasami coś z tego trzeba przejść w praktyce – na przykład nie upiec, nie umyć i nie ugotować i sprawdzić, czy świat nadal istnieje. I powtórzyć to ileś razy, aż napięcie i lęk, że tyle zależy od naszego „dania z siebie wszystkiego” (co często oznacza danie wielokrotnie więcej, niż w ogóle mamy) trochę minie.
W wewnętrznej zgodzie, że wystarczy, jak będzie wystarczająco dobrze – i to nie znaczy, że musi być ciężko
M
Bardzo dobry tekst
Cieszę się, że znajdujesz w nim coś dla siebie <3