Tam, gdzie zawstydzenie spotyka się z miłością

Ogromnie porusza mnie w Wielki Czwartek gest umycia nóg.

Gdy myślę o tym geście – obmywania – przychodzą mi na myśl obrazy pełnego delikatności kąpania noworodka. Obmywania twarzy umorusanej jedzeniem dwulatkowi. Pomagania w myciu ubłoconych rączek trzylatkowi. Myślę o przemywaniu skaleczeń. O pochylaniu się nad kimś obłożnie chorym, kto sam siebie nie umyje i ten gest – obmycia – potwierdza jego godność, dotyka potrzeby bycia czystym i zadbanym przy jednoczesnej niezdolności do zatroszczenia się o to samemu. Ile potrzeba przełamać wstydu, by na taki gest komuś pozwolić. By bezbronność i zawstydzenie jednego mogły się spotkać z czułością drugiego.

Wierzę, że On pragnie obmywać znacznie więcej niż brud zaniedbania i zła. Schyla się do ran, które ciągle się nie mogą zagoić. Do rzeczy, których absolutnie sami nie umiemy i ciągle nie jesteśmy w stanie się nauczyć. Do kurzu zmęczenia sobą. Do serca zasklepionego w samotności jak w zaschniętej lepiance z błota, by już nigdy nikt i nic go ponownie nie zraniło. Obmywa twarz słoną od łez. Obmywa oczy, które nie widzą nadziei. Obmywa miejsca w nas tak okaleczone, że niemal umarły.

Na coś takiego można pozwolić tylko Komuś, o kim wiemy, że nie skrzywdzi, nie wykorzysta naszej słabości, nie użyje wiedzy o naszej biedzie przeciwko nam. Tylko Komuś, kto kocha bez warunków wstępnych i bez oceny. I kto wie, że bez tego leczącego obmycia naprawdę nie poradzimy sobie – żadną ilością postanowień, ćwiczeń i złości na siebie.

M

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *