Sobotni leniwy rozruch, czas zbierania myśli, rozstawania z marzeniami o „pospaniu”, gdy część domowników spania od rana nie miała. Boski Andy podsuwa mi na stół talerz.
– Zjedz, bo zaraz wystygnie.
Stygnie, bo czytam ciekawy artykuł.
– Daj, zimne jest, zagrzeję ci – i zabiera z talerza parówkę.
Chwytam z powrotem.
– Ej, zostaw, nie traktuj mnie jak dziecko. – Pauza na chwilkę namysłu, czy aby to dobra decyzja. – Czekaj, to znaczy: teraz mnie nie traktuj jak dziecko. Czasami mnie tak traktuj. A czasami jak dorosłą. Czasem jak księżniczkę. W zależności…
– W zależności od dnia cyklu – dopowiada pod nosem.
– Nie. – (Jak można wierzyć w tak seksistowskie stereotypy?, zastanawiam się w duchu). – W zależności od dnia, którego nigdy nie będziesz wiedział. Ale wiesz, musisz się domyślić.
Śmiejemy się.
Jesteśmy małżeństwem od 16 lat. Znamy się od lat 31. Chodziliśmy wtedy razem do klasy, połączyła nas najszczersza dziecięca przyjaźń, kilometry rozmów o całym świecie, słuchanie Niedźwieckiego w „Trójce” i języki obce.
I po tylu latach dopiero ledwie zaczynam umieć się połapać, kiedy mówię do mojego męża z poziomu bezradnego, zranionego dawno temu dziecka, które komunikuje bełkotliwym językiem dwulatka. Kiedy wygłaszam przemówienia językiem rodzica, odgrywając rozmaite sceny, które nie zapisały się w pamięci jako wspierające. Kiedy odzywają się marzenia, deficyty. I po tylu latach czasami już potrafimy się z tego pośmiać.
Nie wierzę w szybkie przepisy na szczęśliwych ludzi bez problemów, za to naprawdę fascynuje mnie ta droga wspólnego dojrzewania. Mam w sobie także wielką wiarę w małżeńskie jutro. Jutro, w którym uda się coś zrozumieć, powiedzieć albo zrobić inaczej, bardziej, lepiej – choć dziś jeszcze się nie potrafi.
Wierzę też w ogromną wartość przyjęcia samej siebie, które warunkuje zdolność przyjmowania drugiego. Ze zrozumianymi i przytulanymi rozmaitymi częściami siebie – dzieckiem, rodzicem, zalęknionym kopciuszkiem, któremu zawsze odjeżdżał ostatni pociąg, a ona marzyła o byciu księżniczką – można próbować tworzyć dorosły związek. Nie przez wykluczenie tych części, ale raczej dając im w samej sobie przestrzeń, w której mogę z nimi pogadać, zrozumieć i przyjąć.
I wiem, że Boski Andy też te różne części siebie ma. Powoli uczę się je słyszeć i nie odmawiać im prawa głosu.
Fot. pixel2013 / Pixabay
