Człowiek, by nauczyć się radzić sobie z emocjami, potrzebuje od najwcześniejszych lat bliskości dorosłego opiekuna, który reaguje adekwatnie do tego, co się dzieje. Jeśli dziecko płacze, to je bierze w ramiona. Jeśli ono się boi, to dorosły cierpliwie je wspiera, i nie wystawia na jeszcze większy strach. Ma to nazwę, która nie przestaje mnie zachwycać: zestrojenie. W zestrojeniu mamy i dziecka buduje się bezpieczna więź – źródło przyszłego poczucia bezpieczeństwa.
Gdy dochodzi do zakłóceń, system się rozstraja. Jeśli dziecko płacze, a dorosły na nie krzyczy. Jeśli ono się boi, a on je popycha do działania albo karze. Jeśli ono czuje złość, a dorosły nie chce o tym słyszeć albo złości się tysiąc razy bardziej, zamiast pomóc się uspokoić.
Potem tak to jest, że dorośli ludzie nie radzą sobie z emocjami. Nie wiedzą, co czują i dlaczego. I nie mają pojęcia, czy się boją, czy są wściekli, czy się wstydzą albo czują winni. Czy są zmęczeni, czy niezadowoleni z siebie. Mogą władać biegle portugalskim i mandaryńskim, a język własnych uczuć pozostaje dla nich nieznany.
Warto się zatrzymywać. Warto kucać do dziecka, które właśnie nie radzi sobie z emocjami, bo ono ma do tego pełne prawo. To normalne, że sobie nie radzi. Potrzebuje do tego nas, dorosłych. Kogoś, kto pomoże sobie poradzić. Spokojnie i empatycznie nazwać. Kto się tym przejmie i zauważy. I przejdzie ścieżkę aż do końca, gdy trudne emocje mijają.
My, dorośli, potrzebujemy zaś uczyć się radzić sobie z tym, co przeżywamy sami. Słuchać tego, oglądać, sprawdzać, brać do rąk. Co o mnie mówią moje uczucia? Jaką opowiadają historię? Czemu w sobie potrzebuję poświęcić uwagę? Poczuciu własnej wartości? Stracie, jakiej doświadczyłem? Opiece nad swoimi granicami?
M
Fot. Francesco Tommassini / Unsplash
Bardzo wartościowa refleksja. Dziękuję!
Dziękuję Ci! Cieszę się, że wspiera.