W tych dniach w terminalnym stanie znajduje się Monika z naszej miejscowej grupki małżeństw, z którą pod Wrocławiem co miesiąc dzielimy się przemyśleniami, jak wychowywać dzieci. Niestety nie zdążyłam jej dobrze poznać, ale jesienią była pełną wigoru niespełna czterdziestoletnią kobietą, aktywną zawodowo żoną i mamą trójki dzieci. Dziś z powodu nowotworu jest sparaliżowana, lekarze nie podjęli dalszego leczenia i pomóc może tylko cud.
Przez lata naszej dorosłości co chwila stykamy się z sytuacjami poważnych i trudnych spraw, które dzieją się wokół nas. Cieszymy się, pełni wzruszenia, z wygranych batalii o zdrowie, ale też czasami nie ma po ludzku happy endu. Natomiast mnie niezmiennie zastanawia, co z tym robić. Bo bezsilność wobec cierpienia napełnia lękiem. Czy jestem potrzebna ze swoimi pustymi rękami, czy nie? Próbuję zrobić cokolwiek, nawet jeśli wydaje się mało. Czasem potrzeba wiele odwagi, by przekroczyć próg czyjegoś cierpienia.
Może jest też tak, że doświadczenia innych traktujemy jak rosyjską ruletkę i jeszcze ciągle nie padło na nas – albo nie tyle co na kogoś innego… Nie wiadomo zatem do końca, dlaczego człowiek, gdy czuje się zmiażdżony wydarzeniami i kompletnie nieporadny, a więc najbardziej potrzebuje czuć, że ktoś jest obok niego, często tej obecności doświadcza dużo mniej. Inni nie chcą przeszkadzać, czują się niezręcznie, nie wiadomo, co powiedzieć i w ogóle. Jaki bezradny i potrzebujący bliskości jest Jezus, który prosi o jedną godzinę razem z Nim, zanim będzie więziony i torturowany. W pewnym sensie lepiej być obok i rozmawiać o pogodzie (na pewno lepiej to, niż prawić kazania), niż nie być wcale.
O relacjach, które umożliwiają przejście przez cierpienie, napisałam we wtorek dla Aleteia Polska [KLIK]. Łącznie z tą relacją, która ma moc dźwigać człowieka i go nieść, choćby po ludzku sprawy wyglądały beznadziejnie.
Łącząc się w ciszy
m