Samoakceptacja

Samoakceptacja

Rzadko zachwycam się sloganami z internetu, czując, że proste tezy są tak urocze jak hollywoodzkie fabuły i równie nieprawdziwe jak one, ale na Facebooku znalazłam ostatnio grafikę z cudownym hasłem – „Żadna ilość samodoskonalenia nie zastąpi samoakceptacji”.*

Przyjęcie siebie sprawia, że spadają z nas więzy, które są głównymi przyczynami wybuchowych reakcji na otoczenie: gdy niszczy nas od środka wstyd lub poczucie winy, że nie dorastamy do oczekiwań, że pewnie znowu zawiedliśmy, że jesteśmy kimś mniej wartościowym, że gdy tylko światło dzienne pokaże światu nasze niedoskonałości, rysy i pęknięcia – ten niechybnie się od nas odwróci.

Samoakceptacja pozwala z wdzięcznością przyjmować – przyjaźń, życzliwość, miłość i cieszyć się jej przejawami, nie lękając się, że „to nie dla mnie”, „ktoś się pomylił”, „trzeba to zaraz oddać”. Wzbudza naturalne pragnienie obdarowania drugiego.

Co więcej, samoakceptacja naprawdę nie oznacza wody sodowej, która uderza do głowy. Jest w niej pełna świadomość własnych ograniczeń, owo cudowne ich objęcie, pełne czułości przytulenie w sobie rzeczy złamanych i tych, których się nie umie. To ścieżka pokory i solidarności z drugim człowiekiem, który ma także prawo nie umieć i nie wiedzieć. Samoakceptacja sprawia, że nie oczekujesz od siebie cudów, bo wiesz, że w odróżnieniu od bohaterów Marvela, nie umiesz ich sprawiać. Więc także nie załamujesz się, gdy człowiek obok ciebie czynić ich nie potrafi.

Dzięki samoakceptacji, pokornej zgodzie na siebie, jeśli na coś nie masz już sił ani czasu, mówisz „nie”. Dzięki niej pozwalasz dziecku opowiedzieć o tym, że jest na ciebie złe. Idziesz spać, kiedy lecisz z nóg. Nie dając sobie przy tym oceny miernej, nagany i miejsca na wycieraczce świata. Podkładasz pod głowę miękką poduszkę w pogodzeniu ze swoimi możliwościami, w dostrzeżeniu i rzeczy słabych, i dobra, które się wydarzyło, także najbardziej za darmo i bez zasług.

M

PS. Twórczynią grafiki z tą myślą była Katarzyna Mitschke, autorka projektu „Szczere Złoto”