Podoba mi się bardzo zdjęcie, jakie Fotoedytor Aletei wybrał do tekstu, jaki ukazał się wczoraj. Przedstawia maszerujących żołnierzy, spinających mięśnie w równym kroku za dowódcą. Podoba mi się może i dlatego, że akurat ostatnio usłyszałam bardzo inspirujące zdanie podczas bardzo przejmującej homilii, że chrześcijaństwo to nie wojna, a my nie jesteśmy żołnierzami ani komandosami – lecz kochanymi dziećmi w więzi z Ojcem.
Na progu Wielkiego Postu chciałam podzielić się mieszanymi uczuciami, gdy słyszę, że najważniejsza jest samodyscyplina. Zwłaszcza że większość ludzi doświadcza jej jako czegoś niemożliwego. Rozumiem bardzo sens narzucania sobie pewnych ograniczeń – ale tylko po to, by wydarzało się w naszym życiu coś jeszcze bardziej wspaniałego i ubogacającego. Samodyscyplina podniesiona do roli bożka, który ma łatać dziury w poczuciu własnej wartości, ostatecznie zamienia serce w kamień. „Skoro ja wypruwam sobie flaki, to wy też powinniście”.
Dzielę się w tym tekście intuicją, dlaczego wydaje mi się, że bardziej od samodyscypliny możemy potrzebować wewnętrznej mocy. Będę jeszcze o tym pisać, ale na pewno poczucie bycia kochanym jest tego jakimś podstawowym składnikiem.
No i wracam do bardzo mi bliskiej Brené Brown, badaczki wstydu i wrażliwości. Możecie zajrzeć do artykułu TUTAJ [KLIK].
Dobrego czasu
M