Schudłeś, przytyłaś, zbrzydłaś

Schudłeś, przytyłaś, zbrzydłaś

Ile słów musiał unieść niejeden świąteczny stół, choćby najskromniej ubrany w barszczyk, smażonego karpia i suchy chleb.

„Schudłeś”. „Przytyłaś”. „Posiwiałaś”.

„Wyrosłaś”. „Trądzik ci wyszedł”. „Nie masz czasem anoreksji?”.

„Brzuch ci wystaje”.

Tak wielu ludzi potrzebuje usłyszeć, że bycie czyimś krewnym nie uprawnia do przekraczania granic. Że więzy krwi to nie paszport i wiza uprawniająca do wjazdu czołgiem na ich podwórko.

Że mają prawo do swoich świętych miejsc i własnych spraw.

Rodzina jako mikro-świat, w którym zawsze było „jakoś” – na przykład wścibsko, niegrzecznie, natarczywie – bywa usztywnionym systemem, odpornym na zmiany. Oporującym wobec zmian zachodzących w jej członkach – na przykład gdy dorastają albo wewnętrznie dojrzewają, zmieniają się, podejmują niepopularne w tym systemie wybory.

Dobrze zobaczyć, co kryje się pod „Rzucił ci się wąs” albo „Wyprzystojniałeś”. Może zazdrość wobec faktu, że ktoś staje na progu życia, gdy my sami już dawno z tego progu wyszliśmy? Może niedomknięte tematy z czasu, gdy sami dopiero co przerośliśmy własnych rodziców o głowę?

Gdy funkcjonujemy w rodzinnych mikrokosmosach, które nie uznają granic, przestajemy czuć dyskomfort. W końcu zawsze tak było. Dyskomfort przechodzi w somatyzacje nieprzeżytych uczuć, niezrozumiały i trudny do uśmierzenia ból, zniekształcony obraz samych siebie. Skoro mój mikroświat traktuje mnie w jakiś sposób, znaczy, że każdy inny (włączając mnie) może także postępować podobnie: unieważniając moje granice.

Dlatego tak wiele osób potrzebuje pozbierać się po świętach.

Znaleźć okna, przez które widać inny świat niż ten powielany z dziada pradziada przez system rodzinny – który kiedyś był mechanizmem przetrwania, a dziś już nikomu nie służy.

Służę swoim towarzystwem, jeśli potrzebujesz poszukać swoich granic z kimś drugim.

Z życzeniami dobroci dla siebie

Małgosia