Wczoraj spędziłam kilka godzin w ogródku, odkrywając, jak bardzo głowa zajęta prostymi czynnościami odpoczywa od rzeczywistości wojny w Ukrainie. Ile wraca sił, pomysłów, nadziei.
Przesadziłam dąb, który wykiełkował kilka lat temu z zapodzianego żołędzia, i skazany na zbyt ciemne miejsce bez. Posadziłam różę syryjską, kupioną nieroztropnie w styczniu, oraz hortensję dorzuconą do bułek w znanej taniej sieciówce. Największym jednak zadaniem było doprowadzenie do porządku zagonu truskawek, gdzie chwasty jesienią sięgały do kolan.
Truskawki to rewir mojego męża, jednak stracił do nich kompletnie serce. Zostawione w tym stanie – owocowałyby w tym roku dziko lub wcale. Przyszła mi myśl, że „jeśli ja tego nie zrobię, nikt tego nie zrobi”, ale ten sposób myślenia bywa ogromną pułapką. Zostawia z rozżaleniem i poczuciem jednocześnie wyższości („tylko ja o tym myślę”) i zarazem krzywdy („nikogo to nie obchodzi). Jasne, że miałam więcej opcji. Poprosić o pomoc albo komuś odpłatnie zlecić. Przełożyć na inny dzień. Nastoletni syn nie czuł się jeszcze dobrze po przeziębieniu, Andrzej leżał w domu całkiem chory, córka miała tego dnia studniówkę.
Na koniec wybrałam, że chcę zrobić to sama. Że chcę mieć dla dzieci truskawki latem. Chcę jeść truskawki z ogródka. Nie chcę zmarnować potencjału, jaki ma to poletko. Wypiłam więc kawę przygryzioną drożdżówką z dżemem i powiedziałam dzieciom: „Idę w truskawki, trzymana nadzieją na powtórkę kawy z drożdżówką po robocie”.
Dziś wszystkimi mięśniami czuję, ile mnie kosztowało wyciąganie spod agrowłókniny metrów ulistnionych korzeni pokrzywy i wykopywanie półmetrowych korzeni czegoś podobnego do mleczu. Biodra, plecy, stopy, czują kucanie, schylanie się i klęczenie przy obcinaniu starych truskawek. Jednocześnie czuję radość i dumę. Bo chciałam to zrobić. Nie „musiałam”.
W dwóch trzecich dołączył mój nastoletni syn, który powiedział, że gdy zobaczył przez okno, jak walczę z żywiołem, poczuł się od razu zdrowy. Było to akurat wtedy, gdy opuszczała mnie nadzieja na koniec. Przy gadaniu, żartach i pomaganiu sobie nawzajem jak w bajce o rzepce, dotarliśmy do końca.
Po fajrancie była drożdżówka i kawa oraz decyzja, że już nic więcej z planu na ten dzień nie zrealizuję, bo skończy się to chorobą. Nastoletni syn pokazał mi jazzowego gitarzystę i razem oglądaliśmy na youtubie jego najlepsze covery.
Piszę Wam o tym, bo podobnie może być z wieloma rzeczami, które robimy w domu, także ze sprzątaniem. Możemy mieć poczucie krzywdy albo wyboru. Czuć się bezradni lub szukać wpływu. Musieć albo chcieć. Wierzyć, że mamy tylko jedną opcję, albo znajdować ich wiele i iść za optymalną. Być źli na siebie, że nie zrealizowaliśmy planu stulecia, albo siebie doceniać.
Jeśli chcecie poprzyglądać się temu tematowi i poszukać rozwiązań dla trudności, jakie napotykacie wokół domowych porządków, zapraszam serdecznie nadal na warsztat stacjonarny „Przestrzeń dla siebie” we Wrocławiu na Wyspie Mocy w sobotę 26. marca [informacje TU – KLIK] lub na kurs online, pod tym samym tytułem, który potrwa 4 tygodnie i zaczyna się 30 marca [informacje TU – KLIK].
Poszukamy razem wyboru, wpływu i łatwości.
Bądźcie dobrzy dla siebie i sprawdzajcie, gdzie rosną Wasze truskawki <3
Małgosia