Szacunek: dojrzewanie od „zmieniam Cię” do „kocham Cię”

Szacunek: dojrzewanie od „zmieniam Cię” do „kocham Cię”

Nosimy w sobie tak wielkie przepaści głodu. Głód szczęścia, głód relacji, akceptacji, sprawczości. Pewnie im bardziej jakaś dziedzina zraniona, tym głód jest większy. Możesz wstawić do tej listy twój własny. Gdyby udało się go zaspokoić, wszystko byłoby w końcu dobrze. Może dla ciebie to szacunek, bezpieczeństwo, może sukces zawodowy. Może co innego. Gdyby je wszystkie prześwietlić na wylot, okazałoby się, że można podpisać je wspólną nazwą: głód miłości.

Szczególnie w małżeństwie – pożytkujemy przepaści energii, by coś z tych głodów zostało w nas zaspokojone. Często wiemy dokładnie, co druga osoba powinna powiedzieć czy zrobić, żeby to się stało. Bywa jeszcze gorzej, jeśli sami nie wiemy, ale spodziewamy się, że to druga strona się domyśli czy znajdzie do nas klucz. Bo jeśli kocha, to będzie to potrafić. I na ogół są to inne działania i słowa niż te, które do nas przychodzą.

Nie poddajemy się. Wierzymy podskórnie, że to tylko kwestia czasu i druga osoba się zmieni, by choć trochę przypominać ten wymarzony obraz ukochanego czy ukochanej. Przecież tak miało być, po to braliśmy ślub. Czas mija i czujemy się coraz bardziej zmęczeni, coraz mniej środków znajdujemy do tego, by uzyskać odpowiedź na te rozmaite głody w sobie.

Jak wielkim wyzwoleniem jest odkrycie, że druga osoba jest i będzie właśnie tym, kim jest. Ukształotowana przez lata życia rodzinnego, własne poszukiwania i cele, styl działania i przeżywania kluczowych spraw. Przyjąć drugiego do swojego życia – to zostawić wyjściową przestrzeń szacunku dla wszystkiego, co ze sobą wnosi i jaka jest.

Najszczęśliwsze małżeństwa, jakie znam, tworzą ludzie kompletnie od siebie różni, którzy mają w sobie pełną zgodę na to, że drugi taki jest. Nie tylko zgodę; otaczają tą inność ciepłym poczuciem humoru, czułością, cierpliwym uśmiechem.

I jasne, że ludzie w miarę bycia razem uczą się siebie nazwajem i małżeństwo nie polega na takim uznaniu odrębności drugiego, że przestajemy się ze sobą z czasem w ogóle komunikować i on spędza całe kwartały w domku na wsi, a ona na konferencjach w wielkich miastach. I spotkanie jest trudnym znoszeniem siebie nawzajem w końcu na jednym metrażu wspólnego mieszkania.

W najgłębszej jednak zażyłości, wyjściu do siebie nawzajem i próbach odpowiedzenia na potrzeby drugiego – wyjściowy jest szacunek. Z niego, z tej ofiarowanej wolności, rodzi się dojrzała miłość.

Małgorzata Rybak