Chciałabym, by uczono tego w domu, szkole i także – także w kościele. By czymś naturalnym stawało się mówienie o prawie do posiadania granic. A wydaje się, że raczej od małego zgłębiamy tajniki zaspakajania oczekiwań innych. Niekiedy nigdy nie zdążą nawet zaistnieć okoliczności do „ustanowienia siebie”, przecież niezbędnego do tego, by żyć i tworzyć dojrzałe więzi z innymi – a już bombarduje nas z każdej strony przesłanie o konieczności poświęcenia wszystkiego, co stanowi o tym, że jest się autonomicznym i czującym człowiekiem.
Potrzebujemy umieć komunikować światu wokół nas, kim jesteśmy i co jest dla nas w życiu najważniejsze – a to wymaga mówienia „tak” i mówienia „nie”. Wyrażania tego sposób w pełni uprawniony, niebudzący poczucia winy. Zarazem też daleki od potoków słów, które wiele opowiadają o tym, jak czujemy się nieważni, ale nic nie sprawiają, czy też językiem, który drugiego człowieka poniża. Zwięzłe słowo „nie”, spójne z dalszym działaniem, pozwala na budowanie codzienności pełnej sensu. Nawet jeśli ktoś inny nie umie tego przyjąć czy zrozumieć.
Droga do mówienia „nie” prowadziła mnie przez odkrycie wagi mojego „tak”. Swoimi przemyśleniami w temacie komunikowania granic dzielę się w artykule dla portalu Aleteia Polska [KLIK]. A w maju planuję cykl rozwojowy poświęcony między innymi temu zagadnieniu.
Dobrego dnia!
M