Spędzając ostatnie dni z tematem dostrzegania i zawstydzania – znalazłam się blisko słowa „dojrzeć”.
Myślałam o schodzeniu po tych krętych schodach, jakie znalazły się na wczorajszym obrazku, do osobistych piwnic, w których cierpią zawstydzone części. Różne bardzo. Może śmiech, bo przecież nie wypada się głośno śmiać. Złość, bo mili ludzie jej nie mają. Lęk, bo wstyd było się bać. Albo łzy, bo kto to widział – tak łatwo zdradzać się z uczuciami. I wszelkie inne kawałki, które potrzebowały, czegoś nie mogły i nie umiały, a którym ktoś przykleił łatę bycia „dziwnymi” i nie do przyjęcia. Aż stały się nie-swoimi.
I przyszło do mnie słowo „dojrzeć” w innym znaczeniu, które pokazał mi kiedyś ktoś mi bliski. Dojrzeć – to zauważyć. Zauważyć w sobie, że te odłączone, schowane, zawstydzone części są. Że cierpią. Że są częścią mnie.
Dojrzewanie to stan, gdy możliwe się staje coraz bardziej wydobywanie i akceptowanie w sobie części, które się oddzieliły na skutek zawstydzania. Nabywanie języka, by o nich mówić. Stanięcie blisko przy sobie, przy swoim drżeniu i opuszczeniu, a nie przy wszelkim „co pomyślą ludzie”.
I myślę, że tak, jak zarażamy się wstydem, który ktoś nam sprzedaje, wywlekając nasze najdelikatniejsze kawałki przed o-sądy uprzedzeń – możemy także zarażać się akceptacją. To wielki dar, być przy kimś, kto umie sam w sobie najkruchsze części dojrzeć. I uczyć się przyjmować je w sobie. Dostrzec je okiem pełnym życzliwości i współczucia – nie złym, które zawstydza. Ktoś, kto umie tak spoglądać w siebie – pokazuje, że poranione zawstydzaniem miejsca i potrzebują, i mogą być przyjęte.
m
#bliskosiebie #bliskodrugiego #bliskidom