– Wiesz, że siedzisz pod jemiołą? – zapytała mnie koleżanka z grupy podczas ostatniego zjazdu Szkoły Psychoterapii w Poznaniu (w weekend przed samymi Świętami).
No nie wiedziałam.
Zawsze poruszał mnie ten zwyczaj związany z jemiołą. To zielony, wypożyczony z naturalnego środowiska rekwizyt, pozwalający na niespodzianki, w których ktoś może się dowiedzieć, że jest kochany. Jemioła, pasożyt w swoim ekosystemie, tak okołoświątecznej kulturze awansował do symbolu miłości i czułości.
Tak więc ciepło zrobiło mi się na sercu, zwłaszcza że grupa szkoleniowa do miejsce, gdzie możemy odkrywać tę bezwarunkową miłość i przyjęcie praktycznie na każdym warsztacie.
Pomyślałam, że Objawienie Pańskie to dobry moment, by przywołać to zdjęcie.
Co odkrywają trzej magowie? Dziecko, które potrzebuje czułości i które przynosi bezwarunkową miłość.
Wyrażaną po ludzku w przytuleniu, kołysaniu, śpiewaniu, dotyku.
Można nas kochać, to rzecz pewna. I największe też kłamstwo, jakie słyszymy w sercu – że nie można.
Cały wysiłek psychoterapii w sumie sprowadza się do tego, byśmy w to uwierzyli na nowo.
Że jesteśmy kochani, nieskończenie wartościowi i ważni.
I będziemy tacy także wtedy, gdy jutro wrócimy do naszej codziennej krzątaniny po tej w tym roku niezwykle długiej przerwie świątecznej.
Pewnie o tym zapomnimy i będziemy potrzebowali, żeby ktoś albo coś nam o tym przypomniało. Drugi człowiek, przeczytanie gdzieś zdanie, gałązka jemioły, dotyk słońca na policzku.
Z życzeniami dobroci dla siebie
Małgosia
