By emocje stawały się sprzymierzeńcami, a nie sabotażystami naszych życiowych celów, przydają się dwa podejścia. Z jednej strony potrzebuję słuchać swoich emocji, by wiedzieć, co ja w ogóle czuję. Bieg przez życie drastycznie zubaża paletę uczuć: mogę jechać na czymś, co nazywam przygnębieniem, irytacją czy frustracją, dodając, że to czy tamto mnie „wkurza”. Że „doprowadza mnie do szału” sytuacja czy osoba. I mogę tak gnać przez swoje dni wkurzona na cały świat. Wkurzenie staje się moim paliwem i moim mieczem, którym wymachuję wszystkim dookoła.
Jest to strasznie powierzchowny ogląd sprawy. Żeby móc dobrze funkcjonować, potrzebuję wiedzieć, co się we mnie dzieje i dlaczego; poświęcić chwilę namysłu swoim reakcjom. One opowiadają ważną historię o tym, co jest dla mnie istotną wartością, czego potrzebuję, jakie są moje miejsca zranione. Może jestem wkurzona, bo stwarzam w swoim życiu tak wielką presję, że wszystko „muszę”, że inni potem za to płacą, gdy się nie wyrabiam?
Ale zapytanie, co ja czuję i dlaczego, to tylko połowa drogi. Druga – to działanie. Działanie pod wpływem refleksji nad emocjami, jakich doświadczam. Refleksja nad moim wkurzeniem sprawia, że na skutek wściekłości nie wyciągam pistoletu i nie rzucam talerzami, tylko daję sobie czas na szukanie konstruktywnych rozwiązań. Może (patrz poprzedni akapit) koniecznym rozwiązaniem jest skrócenie listy rzeczy, które „ja muszę” i „oni muszą”? A może jeszcze co innego, czego się nie dowiem bez refleksji. Ważne, by ona zaczynała się od „CO JA mogę zrobić…?” Nie, „co oni powinni, ale się nie domyślają”.
Czasem, owszem, potrzeba zaprzestania działania. Pustyni i oddalenia, gdy z nadmiaru niezaopiekowanych, niezrozumianych emocji dochodzi do kryzysu własnych możliwości. Nie da się jechac na kryzysie. Nie da się udawać, że gdy dzieje się w naszym życiu coś poważnego i trudnego, to nic nie szkodzi.
Emocje potrzebują takiego działania, które im sprzyja i je chroni. Spróbowania czegoś nowego, gdy odczuwamy lęk. Tańca i kilku kilmetrów spaceru, gdy z nadmiaru zmartwień tracimy poczucie proporcji. Filiżanki kawy z koleżanką, gdy wierzymy, że osamotniona codzienność jest łatwiejsza. Bo przecież nie jest. Pauzy, gdy przychodzi gniew i zamienia język mojego serca w pretensje, których nikt nie rozumie, ponieważ sprawiają ból.
Pisałam już o tym, że dawniej dopiero działanie mówiło mi, że zyję. Dziś wiem, że wiele z niego było swoistym środkiem przeciwbólowym. Ból jednak wymaga dotarcia do przyczyn, nie uśmierzaczy. Działanie bez pełnego baku własnych emocji – wypala. Żeby iść do świata z działaniem, musze znaleźć czas na przeżycie miłości do samej siebie. Na spędzenie ze sobą czasu. Na pomyślenie o sobie dobrze. Potrzebuję doświadczenia, jak bardzo kocha mnie Bóg, który mnie chciał na tym świecie.
Małgorzata Rybak