Nad poprzednim tekstem o nagrodach i karach [KLIK], które towarzyszą nam przez całe życie, urwała się chmura ulewnych komentarzy. Od ogromnej wdzięczności po skrajną krytykę, w której było wiele złości i lęku.
Przyznam, że od kiedy z mężem odeszliśmy od nagród i kar (stopniowo przez ostatnich kilka lat), w nasze relacje z dziećmi weszło znacznie więcej życia, bliskości i porozumienia. Lubimy ze sobą być. Dobrze nam się współpracuje. Ostatnio pomalowałam z 13-letnim synem przedpokój i było to wspaniałe doświadczenie pomagania sobie i poznawania siebie nawzajem. Uczymy się troszczyć o granice w inny sposób niż „kary”.
Gdy słucham osób, którym brak kar i nagród kojarzy się z wychowaniem bezstresowym albo nawet z zagrożeniem dla istnienia społeczeństwa, znajduję pewne podobieństwa w historiach, którymi się dzielą. Jest w nich wspólny wątek: „Ja byłem karany (bity itd.) i wyrosłem na człowieka. Dziś chcę, by dzieci mnie szanowały”. Tak bardzo jedno łączy się z drugim. Piszę o tym w tekście „Co zamiast nagród i kar”, które przeczytacie TU.
Zainteresowanym polecam też serdecznie zaglądanie do specjalistów – Alfiego Kohna, Agnieszki Stein, Gosi Stańczyk.
M
