Na grobie naszej Marysi, która nie doczekała swoich szczęśliwych narodzin, stanął pomnik. Przeszliśmy całą sprawę z wybieraniem, kolorami i wzorami (nie, nie miałam wcześniej pojęcia, jak bardzo to skomplikowane i jaka w naszym kraju niepisana zasada, że grób to wizytówka twoja, twojej rodziny, twojej miłości i że nawet ludzie po sądach nawzajem się ciągają za plagiaty projektów). Ale. Ja nie o tym. Mimo że pomniczek z zamierzenia miał być maleńki, jak maleńka była ona, zostało miejsce na sentencję. I była to taka rozmowa.
– Czyli co, „śpij aniołku”? – zapytała pani, pokazawszy nam wzory liter.
– Nie – powiedziałam, patrząc na męża. – Może „do zobaczenia”?
Zawisło milczenie takie niezręczne, że poczułam, iż to, co mówię, chyba nie całkiem, tego, się mieści – choć nie wiadomo, w czym. Może w Wielkiej Encyklopedii Sentencji Na Tę Okazję.
– Wie pani – wytłumaczyłam – głupio, żeby jej życzyć, żeby spała, skoro dzieci lubią się wiercić, biegać, skakać.
Pytające milczenie.
– To poproszę „Kochamy Cię” – zdecydowałam.
I tak sobie myślę, że w robieniu z dziecka „aniołka” odbieramy mu coś ważnego. Niezależnie od tego, czy myślimy o stracie, czy o jak najbardziej żywych i obecnych dzieciach, wobec których istnieje jakieś niepisane oczekiwanie, że ma być „grzeczne”, „ciche” i „jakby ich nie było”. Odbieramy im wtedy prawo do bycia dziećmi. Do śmiania się, bycia wszędzie i w ruchu. Do sprawiania nam kłopotu. Do radości, rozwoju i nauki, która wychodzi poza szkolną ławkę i siedzenie w niej godzinami. Prawo do bycia żywymi istotami. Może dlatego, że tak łatwo tracimy to prawo sami. Przykuci do biurek, zlewów, krzeseł, foteli samochodowych. Do wiecznego pytania w głowie „co ludzie powiedzą” (może zbyt rzadko pytając: „co moje ciało powie na to, że tak strasznie je ignoruję, że nic dla mnie nie znaczy”?).
Nawet biały aniołek, którego próbowałam pod kranem umyć z błota, jakie ochlapało go na małym kopczyku podczas majowych ulew, nie chciał całkiem się domyć. Jak dziecko, które po całym dniu zabawy wsadzone po uszy do wanny, nadal gdzieś będzie nosić ślady przygody. Za uszami, na brodzie, pod nosem. Jak nasz Pawełek, który ostatnio popisał się na całym ciele markerem permanentnym i po zmyciu kawałków – dorysował brakujące, oświadczając, że „chce być popisany”. A ja nie umiałam znaleźć dobrego powodu na to, że to źle. To nawet całkiem ciekawe, że przychodzi moment, który przecież zaraz minie, że tak mu zależy, by jakoś wyrazić siebie.
No. Więc niech Marysia się tam wyhuśta, wyskacze i wybiega na łąkach po drugiej stronie.
m
#okruchycodzienności
Dziękuję Małgosiu za Twój wpis.