„Błędem, który często popełniają osoby cierpiące na problemy z poczuciem własnej wartości, jest przekonanie, że jesteśmy godni szacunku tylko wtedy, gdy jesteśmy godni podziwu” (Christophe Andre) – taką myślą podzieliła się na swojej stronie Pracownia Humani. Praca od wielu lat w sferze tematyki tzw. work-life balance doprowadziła mnie do punktu, w którym ta równowaga między rodziną i pracą przestała być kwestią sposobu zarządzania czasem czy kładzenia akcentów. Poszukując odpowiedzi na pytanie, dlaczego wielu ludziom łatwiej realizować się w pracy niż w domu, odkryłam, że źródło takiego stanu rzeczy tkwi w tym, co myślimy o sobie i dlaczego tak myślimy o sobie. Perfekcjonizm, koncentracja na karierze, lęk, że sobie nie poradzę, przykryty parciem na stuprocentową wywiązywanie się z zadań czy karierę (zamiennie z zaangażowaniem społecznym, bo „sukces” nie musi się wiązać z finansami) wynika z głębokiej i często nieuświadomionej potrzeby udowodnienia sobie i światu, że coś umiem i kimś jestem. Bo gdyby nie to, przecież wystarczałby nam podziw naszych dzieci. Wtedy ta relacja byłaby dla nas najbardziej warta wysiłku i przynosząca naturalnie najwięcej satysfakcji.
To zranione przekonanie o własnej wartości (uzależniane od tego, „jak sobie poradzę”) zabiera nas w podróż do najbliższych relacji, gdy informacje o tym, czy jesteśmy ważni i czy zasługujemy na szacunek, mogliśmy czerpać tylko od naszych dorosłych opiekunów. Gdyby wrócić po śladach w tamto miejsce, okazać się może, że potrzeba udowodnienia „światu”, że istnieję i coś znaczę, jest tak naprawdę nigdy niezaspokojoną potrzebą, by zauważyli nas rodzice.
O tym, w jaki sposób dokonuje się odtwarzalność schematu dziecka „niewidzianego” przez ojca pisał Wojciech Eichelberger w książce „Zdradzony przez ojca”, a ja zawarłam refleksję nad tym wątkiem we wtorkowym tekście dla Aleteia Polska [KLIK].
Życząc sobie i Wam piękna z odkrywania dla siebie i ukazywania naszym dzieciom szacunku, który jest za darmo
Małgorzata Rybak