Po Dniu Dziecka Utraconego przyszło mi na myśl, że pierwszym dzieckiem utraconym bywamy nieraz sami dla siebie. Można nosić w sobie dziecko utracone – którym się było kiedyś. I które prosi o uwagę i wsparcie.
Ujawnia się w marzeniach, za którymi wydaje się, że nie możemy pójść, bo za późno, za dużo, nie dla nas.
W utraconej radości z małych rzeczy, w niemożliwej do odnalezienia beztrosce, w napięciu i w nieruchomości ciała, które zapomniało, jak się skacze na skakance i zjeżdża na zjeżdżalni.
W niepewności, czy chcę tego czy tamtego. Czy mam ochotę na czytanie, czy na film, czy na wyspanie się w końcu. Czy muszę zjeść do końca, by nie zostało nic na talerzu, czy tylko tyle, na ile mam ochotę. Bo ono by wiedziało. Śpiące – zasnęłoby. Zaciekawione – zbudowałoby wieżę z klocków. Albo weszłoby do kałuży mimo najgłośniejszych protestów rodzica.
Ponieważ tyle czasu było zgubione, może nie umieć domagać się głośno i wprost. Przemawia bardziej bólem nie do znieczulenia. Lękiem, że zostanie na świecie samo. Wilczym głodem nawet po kolacji. Niemożliwym do zlokalizowania w ciele niepokojem. Irytacją. Złością na siebie. Że się jest zbyt bezradnym. Zbyt powolnym. Zbyt nieogarniętym. Zbyt wiele potrzebującym. Za mało zorganizowanym. Za mało samodzielnym. I w ogóle za małym.
Więc by je odzyskać na nowo – najlepiej zapamiętać, że jak coś jest małe, to nie wolno na to krzyczeć. Jak zbyt powolne – to nie poganiać. Jak bezradne – to szukać pomocy. Jak samotne – to dać temu towarzystwo.
Jak bardzo to dziecko się odwdzięczy, gdy znajdziemy w sobie jego małą dłoń. I zapytamy: „Czego potrzebujesz? Co ci dziś sprawi radość? Jestem z tobą, żeby tego poszukać”.
m
#bliskosiebie #bliskodrugiego