Utracone

Dziś Dzień Dziecka Utraconego i przypominam sobie.

Poważna twarz lekarza: „Nie mam dobrych wiadomości”.
Izba Przyjęć i to, jak płaczę dyktując swój PESEL.
Noc na oddziale i zimno i drżenie takie, że nie ma jak zadzwonić po pielęgniarkę.
Noc na korytarzu w poszukiwaniu czajnika i odgłos bicia serca czyjegoś dziecka na ktg, który niesie się i odbija od wszystkich ścian.

Pytania.
Co się stało? Dlaczego to się stało? Czy na pewno nie mogłam zrobić nic? Co by było, gdyby nasze dziecko żyło? Czy jest szczęśliwe? Czy kiedyś mnie pozna? Czy mnie kocha? I wreszcie: Czy byłam dobrą mamą?

Wspierało mnie. Mówienie o tym. Pisanie o tym. To, że ktoś drugi słuchał, nawet jeśli to było takie trudne. Że ktoś napisał sms-a. Że ktoś się modlił.

Szacunek personelu. Lekarz, który przychodził i mówił, co będzie się działo i jakie mam prawa i możliwości. Położna, która opowiedziała o swoich stratach i to, że płakała.

Mój mąż, który cierpiał razem ze mną i też nie miał żadnych odpowiedzi. Że pojechaliśmy razem na godzinę w góry i wypiłam z nim w schronisku gorącą czekoladę.

Przygotowywania do pochówku. Pogrzeb. Wybieranie liter u kamieniarza. Miejsce na cmentarzu, które odwiedzamy na spacerach, 500 metrów od domu.

Pomaga mi. Wyobrażanie sobie, jak nasze dzieci utracone biegają po łąkach po drugiej stronie. I śmieją się. I tęsknią, i czekają na spotkanie, ale nie czują się sierotami. Nadzieja, że kiedyś to wszystko stanie się jasne. I że to będzie szczęśliwy koniec. I że będzie nowym początkiem.❤️🎈

m

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *