Zobacz mnie

Zobacz mnie

Jechałam autem, a poboczem jechał rowerem starszy pan. Wiało, więc z wysiłkiem naciskał na pedały. Na jego szaroburej kurtce powiewała żółta odblaskowa kamizelka z niemal całkiem już wyblakłym napisem na plecach: „zobacz mnie”.

Jak mocno mnie to wewnętrznie zatrzymało. Pewnie wszystko razem: pogoda, niepewność drogi bez pobocza, wiek tego człowieka, owo 65+, gdy tak zwana społeczna przydatność w kategoriach ekonomicznych w oczach świata spadła. Może zredukowany dawno temu, może już na emeryturze albo zaraz na wylocie. Podobnie jak literki na plecach, zaraz stanie się niewidzialny.

Myślę, że każdy z nas nosi na plecach taki napis. „Zobacz mnie”. Nie – „użyj mnie”, „weź moje talenty”, „skorzystaj ze mnie”. Nie chodzi też o żadne docenianie, chwalenie itp. – do czego wrócę we wtorek. „Zobacz mnie” to wołanie, by być w relacji, być widzianym i przyjętym także słabym, zmęczonym, niepewnym, zwykłym. Prosi o to dziecko, kiedy się boi, jest smutne albo chce podzielić się odkryciem. Tak samo pragnie tego dorosły. Szczególnie w domu, szczególnie wśród swoich. „Zobacz, że jestem”. „Zobacz, co niosę”. „Przyjmij mnie tylko dlatego, że jestem”.

Trudny to dom, w którym ludzi nie widać. Gdzie królują pilne problemy do rozwiązania i sprawy do załatwienia. Gdzie grafiki, porządek albo widzimisię jednego tylko człowieka, który reszcie narzuca tempo, sprawiają, że osoby stają się niewidzialne, uciekają za zamknięte drzwi, ekrany, gazety.

Zastanawiam się, kiedy czuję się widziana? Kiedy ktoś kładzie rękę na moim ramieniu. Kiedy pyta: „no i co tam u Ciebie?”. Kiedy mówi: „zmęczona jesteś” i nie dodaje zaraz: „ja też”. Kiedy pozwala powiedzieć do końca i dopytuje o więcej, nie wygłaszając kazania ani listy złotych rad. Kiedy ktoś nie ocenia, nie przypisuje złej intencji do tego, co jest tylko nieporadnością, kłopotem, bólem. Uczę się od takich gestów, jak je podawać dalej. Jak sprawiać, by domownicy czuli się widziani i nasyceni moim widzącym wzrokiem.

M