Chciałam naszemu 3,5-letniemu synkowi przygotować kalendarz adwentowy na miarę jego zrozumienia, by mógł czekać na Święta. Zaczęłam więc przygotowywać obrazek z tradycyjną „drabinką”, schodami z Nieba, po których schodzi Boże Dzieciątko.
Był środek nocy, a ja stałam i patrzyłam na tą drabinę, i rodził się we mnie bunt. Skoro schody w tą stronę, to i schody w drugą. Ono schodzi, my się wspinamy. No i gdzie Ono, takie małe, po drabinie. I niejeden dorosły ma z tym kłopot.
Był środek nocy. A ja myślałam, jaki obraz opowie coś o bliskości, o więziach. W końcu wycięłam duże serce, obraz Ojca. Wielkie musi być, by się wszyscy zmieścili. Wycięłam też symbol Ducha Świętego, blisko Ojca. Razem zasypują ziemię miłością. Dzieciątko bezpiecznie śpiące spływa po chmurkach z serduszek. Nie potknie się, ani nie spadnie. Na dole czeka na nie równie bezpieczna miłość Mamy i ziemskiego Taty.
Był środek nocy. A dla mnie te proste, dziecinne robótki ręczne były jak pisanie ikony, jak tłumaczenie sobie rzeczy nie do końca jasnych. Bo rozmaite przekazy plus tak zwane „życiowe doświadczenie” i mnie nauczyły o Bogu, którego trzeba się bać. Więc w środku nocy opowiadałam sobie o Bogu, który jest miłością, a nie stróżem. Który bierze w ramiona, nie zaś podstawia drabiny. O tym, że Jezus wchodzi w świat ludzkich więzi, że ich potrzebuje.
Był środek nocy, a ja czułam, że Betlejem jest już blisko.
M