Czego potrzebują dzieci? Kolejnej godziny korepetycji z fizyki kwantowej i trzech godzin nauki mandaryńskiego w tygodniu? Pucharu województwa w szermierce i triathlonie? Starter packa z prawem jazdy i samochodem typu soft-top? Zaplanowania kariery od przedszkola? Wymagań i grafików, by się nie „rozlazły”? Myślę sobie, że naprawdę najcenniejszym, co możemy próbować im dać, by dorosłość była dla nich ubogacającym, szczęśliwym przeżyciem – i by radziły sobie ze sobą, światem i budowaniem dobrych, trwałych i wspierających więzi – jest nauczenie ich radzenia sobie ze światem swoich przeżyć. By strach, złość czy smutek nie zalewały im świec w wewnętrznych silnikach. By nie górowała bezradność. By nie odcinały się od siebie i innych, nie pozwalając sobie na empatię.
Dzieci bardzo potrzebują, by być z nimi i pomagać im w tym, bez czego samoregulacja w dorosłym życiu też jest niemożliwa: by pomagać im poczuć, nazwać, zrozumieć i uregulować swoje emocje. By umiały się z nimi zaprzyjaźniać. By umiały mówić: „jestem zły” zamiast „cały świat jest zły”. „Smutno mi” zamiast „to twoja wina”. Oraz „boję się” zamiast „idźcie sobie wszyscy”.
Tylko my, dorośli opiekunowie, możemy je wyposażyć w ten posag. I możemy także w ten sposób opiekować się własnymi emocjami – blisko i cierpliwie, by je w sobie poczuć, nazwać, zrozumieć i uregulować. By wiedzieć, czego doświadczamy i co z tym można zrobić. By nasze emocje nie zalewały i nie krzywdziły dzieci. By nie odcinały nas od innych, ale by były pomostami życia.
M