Chcę Wam pokazać pamiątkę, jaką sobie namalowałam w Bieszczadach.
Zauważyłam, że malowanie pomaga mi, kiedy czuję radość, ekscytację, smutek, ból, lęk, zagmatwanie.
Dawno nie znalazłam zajęcia, które by tak radykalnie pozwalało mi pobyć przy sobie, ze sobą. Tak od razu i natychmiast.
W tak błogosławionym skupieniu.
Oczywiście towarzyszy mi w środku chór głosów, które wypowiadają się najróżniej na temat tego, co robię. Jednocześnie jest we mnie jakaś część, która wie, że chce, że musi, że potrzebuje.
Pociągnąć kreskę, popatrzeć na drugi dzień na przykład na to, jak świeci słońce i co sprawia na obrazach, które widzę przed oczami.
Czy wszystko mi wychodzi?
No nie. Namalowałam też góry, których Wam nie pokażę.
Na „wernisażu” na schodach w naszym apartamencie, gdzie powstawały i schły moje obrazki jako works in progress, usłyszałam od dzieci „Mamo, no ale nie”, Te drzewa ładne, ale tam Ci coś nie wyszło”.
Nie wyszło, to nie wyszło. Okazuje się, że da się to przeżyć (i że ktoś widzi jak bardzo nie wyszło) i nawet do tego uśmiechnąć.
Także ten.
Może i na Ciebie czeka jakieś zajęcie, które chciałoby Ci pokazać, że masz na nie czas, a nawet dzięki niemu i reszta czasu wygląda jakoś łatwiej, lepiej, jakby była doświetlona?