Mamy z mężem mocno zdystansowany stosunek do Walentynek, związanego z nimi sklepowego kiczu oraz presji świętowania. Ucieszyłam się więc, gdy Ania Malec z Redakcji Aletei poprosiła mnie o tekst o tym, czy miłość to motyle w brzuchu, czy potrzeba czegoś więcej (który można przeczytać TU [KLIK]). Podzieliłam się w nim refleksją nad dojrzewaniem miłości – ciekawe, czy odnajdziecie w niej coś ze swoich własnych przemyśleń?
Chciałabym jednak także – w zalewie dzisiejszego przymusu świętowania relacji z kimś drugim – przypomnieć o tym, do czego wracam ciągle w swojej pracy i pisaniu: o relacji do siebie samej/samego, którą także trzeba się opiekować. Wielkie będziemy mieć oczekiwania odnośnie sposobów okazania nam miłości, jeśli w naszych sercach wysechł strumyk serdecznej miłości i akceptującej przyjaźni w stosunku do siebie samej (albo gdy nigdy nawet ich tam nie było). Nie da się być daleko od siebie samej i blisko drugiego – chyba że tylko w narzucającym się doklejeniu, by ten drugi wymyślił mi pomysł na szczęście.
Może zbyt długo nie do końca zgodnie z prawdą wkładano nam do głów pewną polaryzację – „możesz kochać siebie albo drugiego człowieka” – która nie ma wiele wspólnego z Ewangelią, gdzie Jezus przypomina: „będziesz miłował bliźniego jak siebie samego”. I może to nie tylko zaproszenie, ale coś również jak niemal matematyczna teza: tak, jak szanujesz i rozumiesz siebie – tak samo będzie w stosunku do drugiego człowieka, zwłaszcza najbliższego.
Na koniec wtorkowego warsztatu zostawiłam uczestniczki z propozycją spotkania z samą sobą, w którym można rozmaite aspekty siebie zobaczyć i docenić. Dlatego ucieszył mnie bardzo przypomniany wczoraj tekst Ani Malec o randce z samą sobą, który możecie przeczytać TU [KLIK]. Może uda się Wam wybrać też na takie spotkanie.
Dobrego dnia!
M