Dzień dla siebie

Dzień dla siebie

Nie umiem dokładnie tego policzyć, ile to dni – ale od początku wakacji jestem cały czas ze wszystkimi naszymi dziećmi 24/7 (tylko jedną dobę podróżowałam sama w celach nagłej interwencji medycznej). Od początku wakacji przemieszczamy się, przepakowujemy, zmierzamy i wracamy. Kocham być w kupie. Uwielbiam wręcz. Wakacje są dla mnie najpiękniejszym i najbardziej karmiącym więzi czasem w roku. Ale wczoraj przyjechałam na rezonans kręgosłupa (tak, ten na który najpierw stawiłam się o dwa dni za wcześnie, a potem w związku z wakacyjnym rozkładem przełożyłam na potem). Moje plecy bowiem z powodu ciężarów codzienności właśnie odmawiają współpracy.

Ale. Ja nie o tym. Postanowiłam skorzystać z chwili dla siebie. Gdy wyszłam z badania chwiejnym krokiem na skutek wymaganego martwą literą bycia na czczo, obkupiłam się w prowiant w żabce. I siadłam na ławce w centrum Wrocławia, z którego wyprowadziliśmy się pięć lat temu na wieś. Dokonałam ciekawego odkrycia. Świat istnieje. Ludzie licznie chodzą z psami. Jedna pani nawet szła w butach na szklanych (może plastikowych?) przezroczystych obcasach i pomyślałam o balującym Kopciuszku. W remoncie jest pałac Leipzigerów, który miałam za plecami i o istnieniu którego wcześniej nie wiedziałam. Do kanapki z kurczakiem grillowanym nie dają dużo majonezu. Z boku miałam widok na zabytkową karuzelę, akurat w ruchu, przy bramie ogrodu obok Teatru Lalek. Czułam się jak ktoś, kto sam znalazł się w jakiejś bajce. Czas mijał mnie tak wolno, że niemal mogłam go zobaczyć i zaczepić, która godzina.

Po powrocie do pustego domu (mąż zabrał dzieci z powrotem na jeszcze większą wieś niż nasza) odkryłam istnienie w naszym domu wanny. Nie wiem, czy widziałam się z nią przez te lata raz czy dwa razy, poza tym że regularnie ją myję. Obłożyłam ją naczyniami na tealighty, które zbieram nałogowo, ale używam tylko dla gości, i zrobiłam górę piany z tego luksusowego płynu do kąpieli, który kupiłam ze trzy lata temu na promocji. Nie miałam już siły zorganizować muzyki ani przynieść z dołu napoju orzeźwiającego. Podobnie jak nie dałam rady potem, po krótkim seansie filmowym, przykryć się w łóżku kołdrą (głowa zapadła w sen przed zapadnięciem się w poduszkę) i wstałam dziś przeziębiona.

No. I odkryłam to. Że jestem wykończona. I że potrzebuję odpocząć, mimo że od początku wakacji odpoczywam. I że to jest w zasięgu ręki. A dziś będę pisać wtorkowy tekst o rodzicielskim ładowaniu akumulatorów, więc. Dobrze się składa.

Poniżej na obrazku ulana jest ta kawa, do której mocno się przytulałam dziś rano.

m

z cyklu #okruchycodzienności